Tatiana Biełous. Wskrzeszona w kostnicy po 72 godzinach pobytu w raju i piekle.
Powitanie przez Pastora:Pastor: Dobry wieczór, przyjaciele! Chwała Bogu! Należymy do cerkwi „Światło Prawdy” (ros. «Свет истины») miasta Charkowa. Gościmy dzisiaj Panią Anisimową (po mężu Białous) siostrę Tanię. To, co ona dzisiaj wam opowie, to rzeczywiście jest wielki Cud Boży i przesłanie z Niebios dla każdego żyjącego na ziemi.
Przedstawienie się, lata młodzieńcze, pisanie artykułu o tym, że Boga nie ma
Tatiana: Drodzy przyjaciele! Witam was Miłością Pana naszego Jezusa Chrystusa. Jak pastor już mnie przedstawił, jestem Białous Tatiana Michajłowna, w panieństwie Anisimowa. Wierząca od 16,5 roku. W 17 roku życia objawił mi się Pan Bóg. Wyrosłam w rodzinie oficera wojsk ochrony pogranicza. Tata marzył o chłopcu, urodziła się dziewczynka. Wychowywano mnie jak chłopca. Nie mając 17 lat byłam mistrzem sportu w koszykówce i mistrzem sportu w motokrosie. Strzelałam ze wszystkich rodzajów broni osobistej. Niekiedy celnie, niekiedy niezbyt, ale strzelałam. Było pięknie, wspaniale; byłam prymusem wojskowego przygotowania politycznego, sekretarzem POP na wydziale, było wesoło, wspaniale.
Byłam studentką Instytutu Medycznego i jako przyszłemu członkowi Partii Komunistycznej zaproponowano mi przygotowanie na Wielkanoc artykułu do gazety wielkonakładowej (jak powiedział wówczas sekretarz komitetu partii) "o obskurantyzmie religijnym," że nie ma Boga. Zgodziłam się. Partia powiedziała: „Trzeba”, komsomoł odpowiedział: „Tak jest”.
Idę pisać artykuł, ale nie wiem, od czego zacząć. Z tatą byłam w wielkiej przyjaźni. Ze wszystkimi swymi problemami zwracałam się do taty. Pytam: „Tato, od czego zacząć?.” A on mówi: „Jeżeli możesz, odmów napisania tego artykułu. Z Bogiem nie ma żartów, córko. Mówię to tobie, jako frontowiec”. Odpowiadam: „Tato, no co ty? Nie mogę odmówić.”- „W takim razie, – mówi, - trzeba zdobyć pierwsze źródło”. A co może być tym pierwszym źródłem?Kiedy pisałam artykuły polityczne, to wiedziałam: pierwsze źródło – to Karol Marks, Fryderyk Engels, Włodzimierz Iljicz Lenin. Wszystko jasne. A tu – jakie pierwsze źródło? I ojciec mówi: „Biblia”. Biblia? Ale gdzie ja zdobyć?. „Spróbuj, - mówi,- w cerkwi”.
Poszłam do jednej, do drugiej prawosławnej cerkwi. Batiuszki (kapłani, popy – od. A.L.) nawet rozmawiać na ten temat nie chcieli. Wróciłam z niczym i poprosiłam o pomoc tatę. Zdobył on dla mnie przepustkę do biblioteki im. Gorkiego, gdzie wydano mi Biblie. Po raz pierwszy w rękach trzymałam tę księgę. Był to bardzo piękny stary foliał, oprawiony w skórę z dwoma srebrnymi klamrami. Odważnie otworzyłam i zaczęłam czytać. Z pierwszym rozdziałem jakoś jeszcze dałam radę: „Stworzenie świata”. Było to dość ciekawe, ale niezrozumiałe, byłam gotowa się kłócić – przecież Darwin udowodnił pochodzenie człowieka.. Ale kiedy doszłam do rozdziału, w którym podano, kto kogo zrodził, to już dalej nie posuwałam się. Mówię sobie: "No, nie może być! Czy jestem taka głupia, że nic nie rozumiem?. Tak, to na pewno przez to starosłowiańskie pismo. To przez nie nic nie rozumiem”. Ale dalej kartkowałam, kartkowałam, kartkowałam Biblię, aż trafiłam na Dzieje Apostolskie i przeczytałam: "Szawle, Szawle, jak długo będziesz Mnie prześladować?". „Ciekawe, - myślę, - kto to jest ten Szaweł?”. I wtedy słyszę głos -"A ty, Tatiano, jak długo będziesz Mnie prześladować?" Zmieszałam się, obejrzałam się na boki – w tej maleńkiej salce była tylko bibliotekarka. Patrzy zdziwiona na mnie, a ja pytam ją: „Czy Pani coś do mnie mówiła?" A ona mówi: "Nie. A co Pani słyszała?", – po angielsku, pytaniem na pytanie. Myślę: „No nie, jeżeli ona tak zapytała, to ze mną coś jest nie w porządku”. Mówię: „Nic”, i po cichu myślę: ”Trzeba jakoś to wyjaśnić”. Przyznaje się, przyjaciele, wydarłam stronę z Biblii. Wydarłam i schowałam do rękawa bluzki, a Biblię zamknęłam i oddałam. Mówię: „Nie, nie, więcej nie będę. Nie będę pracowała, nie chcę.” Odczułam strach, jeszcze nigdy nie bałam się tak bardzo, jak teraz, przyjaciele, Nigdy.
Wyszłam z biblioteki i myślę: "Nie, to powietrze, to niebo, wszystko jest piękne, to mi się tylko tak wydawało”. I znów usłyszałam głos: "Jak długo będziesz Mnie prześladować, Tatiano?". Zaczęłam się rozglądać na boki. Ludzie idą ze swoimi sprawami, nikt nie zwraca na mnie uwagi. Ogarnęło mnie przerażenie! Pytam: "Ktoś ty? Kim jesteś?”. Usłyszałam: "Jestem twoim Bogiem" – głos był władczy, smutny i kochający. Mówię: „ Ja Ciebie nie znam!”. - "Dlatego i prześladujesz, bo mnie nie znasz!”- odpowiedział Pan.
Kilka zdań uzupełnienia ze świadectwa w cerkwi „Źródło życia”:
- „A jak mogę Cię poznać? Przecież Ciebie nie widzę?”. -"Twoje duchowe oczy są zamknięte. Poznaj Mnie, Ja poznałem cię jeszcze w łonie twojej matki”. - "Panie, boję się Ciebie! Boję się Ciebie! Nie wiem, kim Jesteś?". - "Idź do cerkwi i dowiesz się." Idę. Nie wiem dokąd. Idę po prostu tam, gdzie oczy patrzą.
-------------------------------
Pomyślałam, że zaczyna się u mnie jakaś psychoza. Przecież uczę się na lekarza, uczę się w Instytucie Medycznym, jestem prymusem. Myślę, ze trzeba pójść do katedry psychiatrii, może pomogą. Potem myślę: tak-tak, i od razu powiedzą: „schizofrenia”. Nie, nie pójdę do katedry psychiatrii. W takim stanie biegnę do domu. Potem myślę: nie, trzeba jednak do cerkwi – artykuł nie wychodzi. Trzeba porozmawiać z batiuszką (kapłanem – od. A.L.), opowiedzieć mu.
Takie miałam wątpliwości. Zobaczyłam świątynię. Weszłam do środka i zaczęłam batiuszce opowiadać, ale on mnie nie zrozumiał. Przepędza mnie. Powiedział: „Albo wyznasz grzechy, albo odejdź stąd”. Wolałam uklęknąć i mówię: „Tylko ja nie jestem grzeszna. Nie mam się z czego spowiadać. Absolutnie nie mam się z czego spowiadać. Nie grzeszyłam”. Batiuszka odpowiedział: „Nie ma ani jednego bezgrzesznego”, - nakrył mnie dalmatyką – „Powtarzaj za mną modlitwę grzesznika”. Zaczęłam powtarzać za nim modlitwę grzesznika i po każdym słowie mówiłam: „Nie zgrzeszyłam, tego nie było”. W końcu batiuszka schwycił mnie za kołnierz, wyciągnął z cerkwi i powiedział: „Odejdź stąd, bezbożnico. Przyszłaś deprawować lud Boży”. Przykro. Boli. Przepędzono mnie stąd.
Idę do domu. Nim przyszłam do domu, ojcu już widocznie powiedzieli. Wydział specjalny pracował bardzo dobrze. I tato powiedział: „Córko, chcesz, abym poszedł do łagru?”. Mówię: „Nie, tato, nie chcę”. – „A dlaczego poszłaś do cerkwi?”. Mówię: „Potrzebna mi była Biblia”. Tata chwycił się za głowę: „Biblia jej potrzebna. Odejdź”, – mówi,- „Odejdź. Niech wszystko się ułoży”.
Idę ulicą i płaczę. Jeszcze rano miałam rodzinę, był dom, był instytut. Wszystko miałam, a teraz już nic nie mam, dziękuję Ci, Panie… Odpowiedzi nie ma. Myślę: „A wiec, „dekiel” mój jest na miejscu i mózg w porządku, będziemy się układać.” Idę, płaczę, lituję się nad sobą. Naraz zrozumiałam, że doszłam do peryferii Odessy, dzielnicy Słobodki. Zaczyna siąpić deszczyk, zbliża się wieczór – był miesiąc kwiecień, przed Wielkanocą, przed Niedzielą Palmową. Zrobiło się zimno. Zaczęłam się rozglądać: może jest gdzie znajome miejsce, może do kawiarni wejść, ogrzać się.
W kościele Zielonoświątkowców
I naraz, w pewnym momencie widzę, jak ludzie wchodzą na jakieś podwórko – nie na zabawę i nie na pogrzeb. Idą z powagą. Kobiety w chustkach. Takie czyściutkie. Takie urodziwe. Takie spokojne i radosne były u nich twarze, że zechciało mi się pobyć koło nich, koło tych spokojnych ludzi.
Poszłam za nimi. Weszłam na podwórko. Patrzę, jak wchodzą oni do domu, opuszczając się o kilka stopni. Poszłam za nimi. Myślę: „Przepędzą, to przepędzą; a może nie przepędzą – ogrzeje się; popatrzę, co to takiego”.
Weszłam i patrzę: na ławeczce siedzą mężczyźni i kobiety, w różnym wieku, i dzieci, i starzy ludzie, i śpiewają. Jak ładnie oni śpiewali. „Czy słyszysz Głos Boży?” – śpiewali. Myślę: „Przecież to o mnie, przecież do mnie Bóg mówił”. „Czule tak ciebie woła”. A sama myślę: „Niezłe, czule.” I znów słyszę, jak On pyta mnie: „Jak długo będziesz Mnie prześladować?"
Usiadłam cichutko w kącie i zamarłam. Szła służba. Kiedy zakończyło się jedno kazanie, podszedł do mnie kaznodzieja, który głosił kazanie i zapytał: „Dziecko, a ty do kogo przyszłaś? Co tutaj robisz?”. Zmieszałam się i mówię: „Do Boga”. A sama myślę: "Dlaczego tak powiedziałam? Aon mówi,- "Przyszłaś pod dobry adres”. Chwała Panu! Służba trwała dalej. Słowo głosili jeszcze dwaj kaznodzieje. Były pieśni, psalmy. Nie znałam wtedy słowa „psalmy” – pieśni. Wszystkie one były o mnie. Było mi tak dobrze. I, kiedy pastor powiedział, czy chciałby kto zawrzeć przymierze z Bogiem, okazać skruchę, wyspowiadać… Znów spowiadać się? Ale jeżeli już drugi raz człowiek mi mówi, że trzeba wyrazić skruchę i wyspowiadać się, to znaczy, że trzeba wyspowiadać się. Wyszłam do przodu. Nogi same poniosły mnie do przodu. W tym dniu Pan odnalazł mnie. A ja odnalazłam Pana. Zostałam członkiem tej cerkwi – Wspólnoty Chrześcijan Wiary Ewangelickiej – Pięćdziesiętników (lub Zielonoświątkowców - ros.- общины христиан веры евангельской — пятидесятников, od Pięćdziesiątnica - Zielone Światki – od A.L.).
Życie powróciło do swego zwykłego nurtu. Pastor pojechał ze mną do domu. Wszystko się wyjaśniło. Wkrótce ponownie przyjęto mnie do Instytutu. Jeszcze po kilku miesiącach przyjęłam święty chrzest wodny. Pan Bóg ochrzcił mnie Duchem Świętym, modliłam się różnymi językami. Było wspaniale!.
Dorosłe życie, rodzina
Minęły lata. Pan podarował mi wspaniałego męża. Urodziło się pięcioro dzieci: trzech chłopców i dwie dziewczynki. Jedyne niepowodzenie: mąż niewierzący. Dobry człowiek. Wozi mnie do cerkwi, a sam siedzi w samochodzie. Zwracam się do pastora, a on mówi: „Siostro, nie trzęś drzewo, kiedy owoce zielone. Gdy dojrzeją, wstąpi.” Modlę się do Boga, aby szybciej dojrzał mój mąż. I nastała chwila, kiedy on również się nawrócił i przyjął chrzest wodny. Żyjcie, cieszcie się, chwalcie Boga, ale…
Choroba nowotworowa i operacja
Bóle głowy. Silne bóle głowy. Tłumaczyłam to tym, że pisałam pracę doktorską, byłam przemęczona, pięcioro dzieci. Mąż – marynarz, kapitan statków dalekomorskich, nieustannie był na morzu. To przemęczenie,- mówiłam do siebie, -to przemęczenie. Ale środki przeciwbólowe nie pomagały, i postanowiłam przebadać się. Zaczęłam badania na oddziale neurochirurgii, zaproponowano przekazać wyniki do onkologii. Wtedy serce zaczęło mi bić na trwogę. Wydano wyrok: sarkoma, mięsak mózgu. Rak. Umierałam. Umierałam na raka. Pobiegłam do cerkwi. Pytałam, co mam robić. I Pan pobłogosławił operację. Jak zaświadczył mój mąż, Pan powiedział mu: „Będzie żywa”. „Będzie żywa” – i on został z tą wiarą „Będzie żywa”.
Położono mnie w szpitalu, rozpoczęto przygotowania do operacji. Bracia i siostry w cerkwi modlili się. Wszystko szło zwykłym nurtem. Nastał dzień operacji. Zawieziono mnie na wózku do sali operacyjnej, położono na stół. Zaczęto podawać narkozę. Następne, co pamiętam: jestem w sali operacyjnej, znajduje się u góry, pod sufitem, patrzę w dół i obserwuję to, co się odbywa i myślę: kogoś operują, ale dlaczego mam taką niewygodną pozycję; trzeba stanąć obok chirurga.
Wyjście z ciała
Kiedy stanęłam obok chirurga, to zobaczyłam, że operują mnie. Głowa moja była rozcięta. Popatrzyłam na siebie – przecież stoję obok. Przyjaciele, kiedy człowiek porzuca tę chałupę, to marne ciało, on wychodzi jak ze starego domu, który nigdy nie będzie mu potrzebny, ponieważ jest u niego nowy, lepszy dom. Nie było mi żal tego ciała. Nawet czułam pewna odrazę do niego. Zaczęłam mówić: „Nie trzeba. Nie trzeba. Po co to robicie?”.
Nikt tego nie słyszał. Anestezjolog stwierdza: „Puls spada, puls spada, ciśnienie spada. Tracimy ją”. Rozpoczęto reanimację. I w chwili, kiedy chirurg daje komendę: „Od stołu! Włączyć!”, poczułam jakby mnie ktoś liną próbuje wciągnąć do mego ciała. Ale ja nie chcę.Opieram się, nie chcę. „Mi jest niepotrzebne,- krzyczę do nich,- mi jest niepotrzebne to ciało”. Nikt mnie nie słyszy. W końcu lekarz mówi: „Za późno. Koniec. Straciliśmy ją. Trzeba wyjść i powiedzieć rodzinie”. A ja mówię: „Ależ nie, jestem żywa”. Ale nikt mnie nie
słyszał. Zrozumiałam, że oni mnie nie widzą i nie słyszą. Razem z chirurgiem wyszłam z sali operacyjnej.
Na końcu korytarza na kolanach stał mój mąż i modlił się. Podnosił on ręce do góry i prosił Boga o miłosierdzie. Podeszłam, pogłaskałam go po policzku i powiedziałam: „Drogi, jestem żywa. Nic mnie nie boli. Tak mi dobrze”. Nie słyszał mnie. Podniósł głowę, spojrzał na boki i nie zobaczył mnie. Nie zobaczył. Słyszę, jak chirurg mówi: „Zrobiliśmy, co było w naszej mocy. Ona odeszła.” Mąż otarł łzy z twarzy i powiedział: „Nie. Mi Bóg powiedział: ona żywa i będzie żyć”. Chirurg spojrzał na zespół operacyjny i powiedział: „No, nie, porozmawiajcie wy. Tylko wariata mi teraz brakuje.” A mąż mówi: „Ależ ja nie jestem wariatem. Mówię wam naprawdę: ona żywa i będzie żyć.” Nie słuchałam, co było dalej, odwróciłam się i zaczęłam wychodzić z tego korytarza.
Kiedy zaczęłam wychodzić, to zobaczyłam, że weszłam nie do innego korytarza i nie na schody, a do jakiegoś tunelu. Było tam ciemno. Myślę: „Dokąd przyszłam?. Trzeba wrócić.” I naraz zobaczyłam światło. Było ono wyżej. I poszłam na to światło. Iść było ciężko. Nogi grzęzły, jak gdybym szła po pierzynie, od której jest trudno się odbić. Ze wszystkich stron zaczęły się rozlegać głosy: „Wróć i powiedz ludziom! Wracaj! Jeszcze nie czas! Wracaj!” Dokąd wracać? Tam, gdzie boli? Tam, gdzie brudno? Nie chcę. Nie chcę. Pan mi powiedział, że jestem Jego dzieckiem. Dusza moja uświadomiła sobie, że ciało jest jej niepotrzebne, że zaczęło się inne życie – lekkie, wolne. I z tą świadomością wolności wypadłam z tego tunelu. To było wstrząsające przeżycie.
Wizja niebios
Abyście, przyjaciele, zrozumieli, jaka to swoboda, lekkość, radość, przypomnijcie, jak byliście małymi dziećmi. Kiedy skakaliście na kanapie mamy, podskakiwaliście coraz wyżej i wyżej, jak się cieszyliście i śmiali. Nie trzeba przypominać, jak potem nas sztorcowała mama. Ale tę chwilę lotu i radości pomnóżcie jeszcze wiele razy i zrozumiecie to odczucie szczęścia.
Uzupełnienie ze świadectwa w cerkwi „Źródło życia”:
Z tego korytarza weszłam do tunelu, takiego ciemnego, długiego tunelu. I tylko daleko, na przedzie – było światło. Szłam przez ten tunel i czułam, jak nogi mnie nie słuchają. Ktoś mnie chwytał i zatrzymywał. Ze wszystkich stron było słychać głosy: "Stój! Stój! Wracaj! Wracaj! Jeszcze nie czas! Wróć i powiedz ludziom!”. Ale ja odpowiadałam: "Nie chcę! Nie chcę wracać! Nie chcę! Tam jest źle! Chce do Boga! Jestem Jego dzieckiem"!
I wyszłam przez ten tunel do innego świata, wypadłam z niego i uniosłam się w górę. To było piękne - uczucie latania, szczęścia, radości! Zewsząd iskrzyło się światło! Ono się mieniło! Na ziemi nie ma takich barw! Drodzy przyjaciele! Ja, nędzna, mogę porównać ten błękit – ze złotem, ale i to porównanie jest bardzo blade w porównaniu do tego, co zobaczyłam. To było tak piękne! Tak radosne! Zaczęłam śpiewać. Zaśpiewałam chwałę Panu Bogu: "Chwała Bogu! Za wszystko Mu chwała! On ma do tego prawo!". To była szczelna zasłona. Z tej zasłony wychodzili inni. Wychodzili w pięknych błyszczących szatach i odchodzili gdzieś do góry, w dal. "Do wieczności" - pomyślałam. Byli oni piękni.
-------------------------------
Podróżowanie z Aniołem
Kiedy pierwszy zachwyt minął, zaczęłam się rozglądać na boki i zobaczyłam, jak zbliża się do mnie skupione światło. Było piękne i stawało się coraz jaskrawsze w miarę zbliżania się. W tym skupionym świetle zauważyłam figurę człowieka w powiewających szatach. „Dlaczego szaty powiewają, skoro nie ma wiatru?” – pomyślałam, ale nie zaczęłam się nad tym zastanawiać, ponieważ zdecydowałam, że to zbliża się Chrystus. Kiedy zbliżył się do mnie na tyle, że mogłam zobaczyć jego twarz, piękną, zachwycającą twarz, upadłam przed nim na kolana, wyciągając do niego ręce i powiedziałam: „Panie, chwała Tobie! Panie, przyszłam do Ciebie!” A on cofnął się do tyłu i powiedział: „Wstań! Wstań i nie rób tego. Ja nie Chrystus”. Mówię: „A ktoś ty? Kto jeszcze może być tak piękny?” – „Jestem Aniołem! Jestem posłańcem” – odpowiedział on.Mówię: „A ja chcę do Chrystusa. Chcę do Pana” – „A po coś przyszła?, – zapytał Anioł, – Czy nie słyszałaś głosów?” - „Słyszałam, ale chce do Pana. Nie chce wracać.”- „Dobrze, - mówi Anioł,- staniesz przed Panem. Chodź za mną.”
Gdy się obróciłam się, aby iść za nim, to w tej chwili zauważyłam to, na co do tej pory nie zwracałam uwagi - skąd wyszłam. Wyszłam zza zasłony. Nie z tunelu. To była ciemna brudna zasłona, jak brudna mgła. Była nieprzenikliwa. Wydało mi się, że można wybrudzić się o nią. Spojrzałam, ale brudu na mnie nie było. I w tej chwili z mgły tej wyszedł człowiek. Potem zauważyłam jeszcze i jeszcze jednego. Obróciłam się w inną stronę, ale i stamtąd, zza tej zasłony, z tej mgły wychodzili ludzie. I szli oni dokądś do przodu i do góry. „Do wieczności” – przemknęło mi w głowie. Nagle z mgły wyskoczył zupełnie goły człowiek. Grymas przerażenia był na jego twarzy. Przyjaciele, za każdym razem, gdy przypominam tę twarz, niedobrze mi się robi. Twarz zastygłą w niemym krzyku. On już nie mógł krzyczeć. On starał się wyrwać. Ale wstrętne łapy chwytały go za ramiona, za biodra, za golenie i wciągnęły go z powrotem.W tym niemym krzyku znikł on we mgle.
Byłam tak wstrząśnięta, że zatrzymałam się. Anioł poczuł, że nie idę za nim i obejrzał się. Zapytał: „Czemu nie idziesz?” - „Kto to”? – pytam. – „To”? – pyta Anioł.Zobaczyliśmy, jak jeszcze kilkoro ludzi wyszło z tej mgły i poszło do przodu. Anioł mówi: „To są dzieci Boże. One idą na spotkanie ze Zbawicielem”. – „A dlaczego oni idą sami? Za mną przyszedłeś ty. Dlaczego nikt po nich nie przyszedł?” – „Dlatego, że ty wrócisz” – powiedział Anioł. Mówię: „Ja nie chcę”. Anioł zignorował moje „nie chcę”.
I znów wyskoczył goły człowiek, tym razem kobieta. Mówię: „A to kto”. Poczułam, jak dosłownie przykleiłam się do tego miejsca. Nie mogłam się ruszyć, byłam jak sparaliżowana.
Anioł odpowiedział: :To są ci, którzy starali się uratować swoimi czynami. Oni nie przyjęli Chrystusa jako swego osobistego Zbawiciela. Myśleli, że będą się mogli uratować przez swoje czyny. Starają się wyrwać na Niebiosa, ale grzechy ciągną ich w dół”. Mówię: „I gdzie oni będą?”. - „Zobaczysz” – odpowiedział Anioł.„A dlaczego oni są goli?” – pytam. – „Oni są pozbawieni Chwały Bożej. Odzienie prawowiernego – Chwałą Bożą” – odpowiedział Anioł.Szybciutko spojrzałam na siebie. Byłam ubrana. Alleluja! Chwała Panu! Miałam na sobie odzież. Nie byłam goła! Chwała Panu!
Z Aniołem kontynuowałam podróż. Anioł nieco z przodu, ja za nim. Przyjaciele moi, teraz, kiedy wróciłam stamtąd, zrozumiałam słowa Chrystusa: „W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce.” On przygotował te miejsca. On przygotował. Przyjaciele, to, że widzicie tutaj na ziemi piękne kwiaty, słyszycie śpiew ptaków – to tylko słabiutka kopia tego, co czeka was na Niebiosach. Jaskrawość zieleni, jak jaskrawość szmaragdu. Światło, które lało się zewsząd, - to niebieskie złoto, to było zachwycające! Były tam wszystkie barwy, nawet więcej niż widmo tęczy. Światło to przelewało się. Nie było tam tylko jednej barwy – czarnej; nie widziałam jej nigdzie.
Posuwaliśmy się coraz wyżej i wyżej. Zachwycałam się każdym miejscem, które mijaliśmy, i potem pomyślałam: „A skąd światło? Słońca przecież nie ma. Jesteśmy gdzieś wyżej.” Kiedy o tym pomyślałam, to zobaczyłam, że Tron Boży oświetla te miejsca i przypomniałam Pismo:
“A miasto nie potrzebuje ani słońca ani księżyca, aby mu świeciły: oświetla je bowiem chwała Boża, a lampą jego jest Baranek.” Alleluja! Oto jak to się odbywa!
Uzupełnienie ze świadectwa w cerkwi „Źródło życia”:
Na Niebiosach są rzeki, jeziora. Rzeki biorą początek u Tronu Bożego. Jeziora, lasy, ogrody! To wspaniałe! Ileż nowych zwierząt zobaczyłam! Rozpoznawałam te, które znałam i widziałam te, których nie znałam. Było to bardzo ciekawe. I muzyka, muzyka! Tak mi się podobała! Widziałam ludzi z piękną skórą, wspaniałymi twarzami, poznawałam znajomych, poznawałam przyjaciół. Jedno mnie porażało: jakże to tak – przecież jej było ponad 80, a tutaj ona jest zupełnie młoda!. Tylko się dziwiłam i obracałam na wszystkie strony. Patrzę: a skąd światło? Staje się ono coraz jaśniejsze, milsze, delikatniejsze. I było ono namacalne! To było inne światło, nie takie, jak nasze. Ono było żywe! I jak tylko chciałam o nie zapytać Anioła, to naraz zatrzymaliśmy się. Światło lało się od Tronu Bożego. Tron Boży oświetlał te miejsca. A ja jestem oto taka maleńka (Tatiana rozwiera palce ręki na odległość 10 cm – od A.L.)
--------------------------------
Przed Tronem Pana
Byłam przepełniona uczuciami, ale trzeba było iść za Aniołem. I kiedy chciałam go zatrzymać, to zobaczyłam, że stoimy przed podnóżkiem Tronu. Zrozumiałam, że to podnóżek. Zobaczyłam, że jest on bardzo piękny. Był piękny! Jeszcze raz powtarzam: był piękny! Wspaniały! Tron Boży był wykonany z jakiegoś materiału, który przypominał kość słoniową, wysadzaną diamentami i szmaragdami. Kamienie były ułożone w określonej kolejności i tworzyły wzory, wzory niezwykłe, wstrząsająco piękne. Ale nawet wzory te nie zdołały odwrócić mojej uwagi od szaty, która zakrywała nogi Pana. Chciałam spojrzeć w Twarz Pana. Jak tylko myśl ta przemknęła mi przez głowę, Anioł położył rękę na moją głowę i pochylił ją w dół. Upadłam na kolana. Mówię mu: „Puść. Puść, chce zobaczyć Twarz mego Boga!”. Anioł odpowiedział: „Nikt z żyjących na ziemi nie widział oblicza Boga! Kto widział Chrystusa, ten widział Ojca. Kto widzi Ojca, ten widzi Chrystusa” – powiedział Anioł. Mówię: „Ja nie widziałam oblicza Chrystusa. Chcę zobaczyć oblicze Ojca”. „Ty wrócisz” – powiedział Anioł. On nie kłócił się ze mną.
2 uzupełnienia ze świadectwa w cerkwi „Źródło życia”:
a) …Anioł odpowiedział: "Ty wrócisz. Nikt z żyjących na ziemi nie widział oblicza Boga!" - "Ale ja nie chcę wracać! Nie chcę wracać – tutaj jest tak dobrze!". Zapłakałam. I usłyszałam głos Boga. To był głos, który wzywał mnie do nawrócenia. To był ten głos, który prowadził mnie w młodości. "Nie płacz, moje dziecko" - powiedział Pan. "Nie płacz, albowiem będziesz pocieszona. Musisz wrócić i powiedzieć ludziom. Jestem przy drzwiach! Oto przyjdę szybko! Nawróćcie się!" - "Panie! Panie, ja zrobię jak Ty chcesz. Panie! Ale mi tak się nie chce. Nie chce mi się tam iść, na tę ziemię." …
b) Księga Życia, poznanie tajemnicy własnego urodzenia
… Dwaj Aniołowie wynieśli zwój. Kiedy ręka Boga zdjęła pieczęć, zrozumiałam, że jest to moja Księga Życia. Jeden z Aniołów trzymał zwój, odwijając go, a drugi rozwijał to płótno i zobaczyłam na nim, jak na szeroko formatowym ekranie, całe moje życie. Zobaczyłam na nim noc styczniową i kobietę na brzegu morskim, która zwijała się w bólach porodowych. Urodziła niemowlę, przegryzła pępowinę zębami i wrzuciła je do morza. Ale fala wyrzuciła niemowlę na piasek. Wtedy ona ze złością podniosła niemowlę, zawinęła je w szal i dokądś pobiegła. Padała w drodze, była słaba po porodzie. Przybiegła do jakiegoś domku, takiego fińskiego, rzuciła niemowlę na próg i uciekła. Po pewnym czasie wyszedł mężczyzna, potrącił zawiniątko, które potoczyło się po schodach i spadło na ziemię. Mężczyzna upadł i zakrył uszy rękoma – myślał, że to bomba. Ale takiej bomby on nie oczekiwał. Poznałam swego ojca. To był mój ojciec, a w tym zawiniątku byłam ja. Kiedy mnie brano z domu dziecka, to rodzice powiedzieli mi, że zgubili mnie podczas przejazdu do innego miasta. To był rok 1947, tylko co zakończyła się wojna i że mnie zgubili podczas przejazdu z jednego garnizonu do drugiego. Nikt mnie nie zgubił. Po prostu wyrzucono mnie. I kiedy u mego ojca zmarła córka, a żonie postawiono diagnozę – bezpłodność, po operacji ślepej kiszki, to żona mu powiedziała: przecież masz córkę, odszukajmy ją. Tak znalazłam się w rodzinie. Poznałam wiele szczegółów i tajemnic, które były ukrywane w mojej rodzinie. Ta kobieta, która mnie urodziła, moja matka, była kochanką ojca. Pracowała w tym samym garnizonie, razem z moim ojcem, oficerem wojsk ochrony pogranicza. Na ekranie było widać całe moje życie…
-----------------------------------
Wizje z Księgi Życia: czytanie Pisma, modlitwy
I zauważyłam to, czego dotąd nie widziałam: że obok Tronu stoją dwaj Aniołowie. Trzymali zwój. Jeden Anioł trzyma i odwija płótno. A drugi rozciąga płótno i na tym płótnie widzę, jak na szeroko formatowym ekranie, trójwymiarowo, całe moje życie.
Nagle usłyszałam ten głos. Ten głos, który wiele lat temu przemówił do mnie w bibliotece. On zapytał mnie: „A co ty zrobiłaś dla Mnie?” Zmieszałam się od tego pytania. Oczekiwałam dowolnego pytania, ale nie takiego. „A co ty zrobiłaś dla Mnie?”- zapytał Pan. „Modliłam się!. Modliłam się, Panie!. Ja stale się do Ciebie modliłam!”. I oto widzę na tym trójwymiarowym ekranie siebie czytającą Biblię. Trzymam Biblię na kolanach i czytam tak: „Aha,tylko żyjcie godnie – aha, to wiem,i nie bójcie się nieprzyjaciół,-aha, nie boję się, dobrze. Koniec rozdziału, wszystko”. I poszłam budzić dzieci. Było mi wstyd. Czytałam Biblię wybiórczo, to, co mi się podobało. Przy tym absolutnie nie myślałam o tym, co tam było napisane. Cały czas pamiętałam, że czas idzie, że trzeba obudzić dzieci, dać im śniadanie, jednych wyprawić do szkoły, drugich do przedszkola, a sama muszę iść do pracy. Wszystko to przelatywało w głowie, kiedy oczy moje czytały Biblię.
Pan powiedział: „Modliłaś się?”, i zobaczyłam w tej chwili swoje modlitwy: „Daj Boże. Zrób, Boże. Pomóż, Boże.” I Pan dawał, robił i pomagał. I ani jednego podziękowania, chyba że w cerkwi. Kiedy wszyscy dziękowali, kiedy pastor nawoływał: „Podziękujmy Panu”, wtedy i ja dziękowałam, ale tak, wspólnie ze wszystkimi. „Ty zrobiłaś ze Mnie sługę” – powiedział Bóg,- Mówiłem do ciebie przez Słowo. Nie słyszałaś mnie, chociaż czytałaś. Jest napisane: „Pisma badajcie”. Badajcie. I gdybyś badała Pisma, to słyszałabyś Mój głos.”
„Panie, przebacz mi! Panie, przebacz mi!Jak dziecko zaczęłam paplać: „Więcej nie będę! Więcej nie będę!Pan mi na to nie odpowiedział, ponieważ zostało mi to wybaczono przez Ofiarę Golgoty. Ale: „A co ty zrobiłaś dla Mnie?”- zapytał Pan.
2 uzupełnienia ze świadectwa w cerkwi „Źródło życia”:
a) I Głos zapytał mnie: „A co ty zrobiłaś dla Mnie?”Nagle usłyszałam głos, który wiele lat temu zapytał mnie: „Jak długo będziesz mnie prześladować?” (w bibliotece). Ten głos pocieszał mnie, kiedy chowałam swego pierworodnego chłopczyka. Ten głos piętnował mnie, a ja Mu mówiłam: „Wiem, ciszej, wyspowiadam się i wszystko będzie w porządku”. Ja znałam ten Głos. To był Głos Boga.
-------------------------------
b) … Odpowiedziałam: „Panie, ja czytałam Słowo Twoje! Czytałam rano i wieczorem po rozdziale”. Na ekranie Księgi Życia widzę siebie nie tylko, jak czytam Biblię, ale równocześnie, co myślę i co robią moje ręce. Oto pewnego ranka zaspałam, zerwałam się z pościeli, szybko jedną ręką stawiam czajnik na gaz, drugą ręką dostaję kanapki, smaruję, trzeba budzić dzieci, budzę je; oj, trzeba przecież przeczytać rozdział z Biblii, przecież to trzeba każdego ranka. Otwieram Biblię na chybił-trafił: psalm 118 (119 w Biblii 1000-lecia – od A.L.). Boże, dlaczego psalm 118 dzisiaj? Drodzy moi, wiecie przecież, że to najdłuższy psalm w Biblii! Dlaczego właśnie dzisiaj, kiedy zaspałam? Dzisiaj przeczytam 149-ty. (150 w Biblii 1000-lecia – od A.L.). Jest najkrótszy. Bóg mówi: „Chciałem, aby twoja dusza się uczyła. Mówiłem do ciebie, a ty nie chciałaś mnie słuchać”. I zobaczyłam, jak żyłam dla siebie, a nie dla Boga… Dlaczego od razu nie powiedziałam Mu, że nic dla Ciebie nie zrobiłam?.
----------------------------------
Wizje z Księgi Życia: płacenie dziesięciny, ofiary
W głowie przemknęły mi myśli: kiedy czytałam Biblię, to wynika z tego, że czytałam ją dla siebie – a Pan do mnie mówił. Modliłam się – i On mi dawał. Prosiłam – i On odpowiadał. On dawał mi wszystko. I rzeczywiście, co ja zrobiłam dla Pana? Przypomniałam – płaciłam dziesięcinę!. „Boże, płaciłam dziesięcinę!” – mówię. Ze wszystkich dochodów płaciłam dziesięcinę, ponieważ dziesiąta część należy do Pana. Jak tylko to wymówiłam, zobaczyłam znów na tym płótnie, jak na ekranie, jak płaciłam dziesięcinę. Mąż, wtedy jeszcze niewierzący, przynosi swój zarobek, ja swój. Ze swego zarobku oddzielam dziesiątą część, żeby odnieść do cerkwi, a z zarobku męża? – przecież on niewierzący, on nie musi dawać. I dzieci u nas jest pięcioro, a Słowo Boże mówi, że wpierw swoim.Wytłumaczyłam siebie.
Nagle zza Tronu wyszedł Malachiasz. Wyszedł, trzymał w rękach Słowo i czytał: „Czy dobrze jest człowiekowi okradać Boga”?Zamarłam. A on czytał dalej: „Przynieście dziesięciny i ofiary do domu Mego, żeby w nim zawsze było pożywienie. Dokąd będziesz okradać Mnie?”. Ofiary… – wcześniej czytałam, ale ani razu dalej swego rozumu słów tych nie puściłam. Mówię: „Panie, to znaczy, że okradałam Ciebie? Przebacz mi, Boże, przebacz”. Zaczęłam płakać. Z oczu poleciały łzy jak grochy. Pan wziął mnie za głowę. Wytarł palcami moje oczy i powiedział: „Nie płacz, dziecko. Przebaczył grzechy twoje Mój Syn na Golgocie.”
4 uzupełnienia do wizji przed Tronem Boga ze świadectwa w cerkwi „Źródło życia”:
a) o dziesięcinie i ofiarach
… Otrzymuję 120 rubli, 12 rubli kładę do Biblii – to dziesięcina… Potem pomyślałam i 6 rubli biorę z powrotem. Boże, synowi buty się rozleciały. Boże, Ty Sam mówiłeś, że wpierw swoim. Boże, w następnym miesiącu położę więcej. Nic nie położyłam w następnym miesiącu.
… Widzę na ekranie: zbierają ofiary. Z dziesięciną mniej więcej jest zrozumiałe, a i to oszukiwałam Pana, a z ofiarami – dlaczego ja? Mam pięcioro dzieci. Bóg jest bogaty. On wspomoże nędzę: tamtemu bratu lub siostrze, szczególnie jeżeli zbiera się na tych, kogo nie znam. A kiedy ofiary na ewangelistów: oni gdzieś tam chodzą, a ja tu mam płacić?… Dobra sprawa. Tak, przyjaciele. Ja o tym myślałam, ale nigdy nie mogłam przypuszczać, że jest to zapisane i że ja to zobaczę. Jeżeli do tego czasu starałam się jeszcze wyrwać spod ręki Anioła, to tutaj teraz zamarłam: jakże mała ręka jest u tego Anioła? Że on nie może mnie zakryć. Jak się schować przed oczami Boga? Mówię: „Panie, okradałam Cię. Przebacz mi, Panie!” Zaczęłam płakać. Z oczu poleciały łzy jak grochy.
b) wizja składania przed Tronem uczynków, owoców
„A co ty zrobiłaś dla Mnie?”.Ja już nie wiem. W końcu powiedziałam:„Ja nie wiem, Boże, co powinnam była zrobić” – „A co Ja powiedziałem Apostołom Piotrowi i jego bratu Andrzejowi, gdy ich wybrałem, przecież czytałaś”. Mówię: „Ale ja nie pamiętam”. Ale Anioł, mój dobry Anioł, podpowiada mi: „Pójdźcie za mną!”. O, wiem: „Pójdźcie za mną, a uczynię was rybakami dusz ludzkich”. – „Tak. A ile dusz przyprowadziłaś do mnie? Gdzie jest snop twój?”. Spojrzałam na swoje ręce. Do tej chwili wydawało mi się, że stoję sama przed Tronem Pana. Bóg zakrył przede mną otoczenie. Zobaczyłam, że przed Tronem wraz ze mną stoją inne dusze, jeszcze inne wychodziły i też stawały przed Tronem. I dusze trzymają snopy. „Pokaż Mi owoce swoje” – mówi Pan. Patrzę na Anioła, on trzyma koszyczek, a w nim tak mało owoców, nawet dziewięciu nie było i nie najlepszej jakości. A obok stoją dusze. Ich Anioły trzymają kosze z pięknymi owocami, a dusze trzymają snopy. U jednego ręce nie mogą go objąć – taki wielki był snop. A inny kładzie swój snop u podnóżka Tronu, a w rękach jego pojawia się inny snop, on znów go kładzie i znów pojawia się u niego nowy… A ja stoję z jednym kłoskiem. Jeden, jedyny kłosek, przyjaciele. Tak się wstydzę. Tak wyciągam ten kłosek do Pana. I myślę, że powinno być jeszcze chociaż pięć - mam pięcioro dzieci. Ale na mój wstyd, to nie moje kłosy. Byłam matką nierozumną. Nauczyłam swoje dzieci bać się Boga. Nie nauczyłam ich kochać Boga.
c) wizja porannej wyprawy do cerkwi
I Pan pokazał mi na ekranie tylko jeden poranek z mego życia i moje dzieci. Kiedy rano przyszłam zdenerwowana z nocnego dyżuru, a tu niedziela – trzeba jechać do cerkwi, a to 30 km! Chwytam dzieci, budzę je, a młodszy woła: „Jeść!”. – „Jakie jeść? Jest post!. Do cerkwi trzeba zachować post”! I oto przyciągam je do cerkwi, na przednią ławkę: „Siedzieć! Ręce!”. Dzieci moje kładą rączki na kolanka i patrzą. – „Tak, Bóg wszystko widzi! Wiedźcie o tym! Tylko niech się które poruszy!”. A sama myślę: „O, jest już nowy katalog mody”. Siadam i z siostrą (we wierze – od A.L.)zaczynam przeglądać zagraniczny katalog mody, który dopiero co pojawił się na Ukrainie. Tak, tego mi nie trzeba; o, to nowość, krem chyba wezmę. I nagle zauważam, że pastor jest przy mównicy. Zaczyna modlitwę. No, nie, nie mógł ze dwie minuty później przyjść! Abym mogła zrobić zamówienie …
Wstyd straszny. Już płaczę. A moje dzieci siedzą, patrzą na kaznodzieję i cicho nienawidzą Boga. Zewnętrznie szczęśliwe, moje dziatki, cicho nienawidzą Boga. To zrobiłam ja, ich matka! To okropne. Dlatego Pan Bóg pozwolił mi wypić bardzo gorzki kielich z każdym z moich pięciorga dzieci. I jeżeli dziś, każdy z moich pięciorga dzieci, i dziewięciorga wnucząt, jest uratowany, wszyscy kochają Boga i służą Mu, to tylko dlatego, że Miłosierny Pan dał im mądrego ojca. Chwała Bogu!
d) wizja szatana przy Tronie
I oto płaczę przed Tronem. Jest mi bardzo źle. Ale rozległ się głos, okropny głos, skrzypiący, obrzydliwy, chichotał, on chichotał i mówił Panu: „Oddaj mi ją, ona mi służyła, ona jest moja”. Z przerażeniem popatrzyłam: kto ubiega się o mnie?. To był diabeł. To on przyszedł. Nie pamiętam rysów jego twarzy, ale jego oczy dosłownie nienawidziły mnie. I naraz z przerażeniem zobaczyłam, że u niego koszyk był pełny. Widzę, że to są zupełnie świeże owoce. To było wszystko, co on nazbierał od mojej ostatniej Spowiedzi i Komunii św. do mojej śmierci. Koszyk był pełny. I było w nim wszystko: nieposłuszeństwo, gniew, zawiść, rozdrażnienie, złe słownictwo… Nie zgubił on niczego! Rozumiecie, on nic nie zgubił! On przyniósł wszystko. I w tej chwili ku swemu przerażeniu zrozumiałam, że jeżeli teraz Pan powie „Bierz!” – to będzie to najwyższa sprawiedliwość. To będzie sprawiedliwe. Nie miałam już nadziei na nic. Ale zobaczyłam Golgotę.
--------------------------------
Wizja z Księgi Życia: Golgota
Pan Bóg otworzył ziemię i zobaczyłam Golgotę. Przyjaciele, to, co zobaczyłam, pogrążyło mnie w przerażeniu. Chrystus patrzy na mnie. Jego oczy… On tak na mnie patrzył, tak strasznie cierpiał, patrzył, ale nie sądził mnie. Patrzył z Miłością. Wśród krzyczących „Ukrzyżuj!” byłam ja. To ja na dole ze wściekłością potrząsałam pięściami i krzyczałam: „Ukrzyżuj, ukrzyżuj Go, ukrzyżuj, uwolnij Barabasza”.Krzyczę:„Panie! Jakże to tak? To niemożliwe! Dwa tysiące lat temu mnie jeszcze nie było na ziemi”. Ale Pan z wielkim smutkiem powiedział:„Grzech twój był wtedy. Każdy raz, gdy grzeszysz, to jego krzyżujesz”.
Wyobraźcie sobie przyjaciele, kiedy ktoś wam mówi, że jesteście zabójcą i nie prosto zabójcą, a Boga zabójcą, to gdybym była na ziemi w ciele, to ciało rozsypałoby się w proch. Pan Bóg pocieszył mnie. Powiedział: „Słuchaj.”I usłyszałam, jak Chrystus mówił, uspokajając nierządnicę: „Przebaczone są grzechy twoje. Idź i więcej nie grzesz.” - „Nie będę, nie będę, nie będę więcej grzeszyć!”. – „To dobrze” – powiedział Pan, - żeś to pojęła. A teraz wrócisz.” – „Tak, Panie, wrócę.”- „Patrz” – powiedział Pan.
Wizja ziemi
Zobaczyłam – niebo się rozstąpiło i zobaczyłam całą ziemię, od „krańca do krańca”, jak pisze Biblia. Doskonale wiedziałam, że ziemia jest okrągła, że mapy sporządza się w rzucie merkatowskim. Wszystko to wiem, ale to, co zobaczyłam, nie mógł nawet merkator sobie przedstawić podczas sporządzania map. Zobaczyłam nie tylko całą ziemię równocześnie, zobaczyłam każdego człowieka. Dachy na domach były jakby zdjęte. W jednych domach ludzie spali, w innych się bawili, w trzecich pracowali. Każde słowo było zapisywane albo przez Anioła, albo przez demona, którzy szli za człowiekiem. Każda myśl była wyświetlana jak na ekranie i zapisywał ją albo Anioł, albo demon.
Ich twarze! Twarze były przerażające! Było tyle potwornie brzydkich, wstrętnych twarzy, że niemożliwe było, aby człowieka nie ogarnęła zgroza. Mówię: „Panie! Jakże to, tylko co byłam na ziemi i nie widziałam tylu tak brzydkich twarzy. Dlaczego są oni tacy potworni? Co się stało?” Pan powiedział:„Widziałaś tylko powłokę, ich ciała. A teraz widzisz ich istotę. To, czym oni są w istocie. Wróć i powiedz ludziom: Czas się kończy! Jestem przy drzwiach. Nawróćcie się! – „Tak, Panie, tak Panie! Ja wrócę! Ja powiem! Powiem, że czas się przybliżył. Powiem, że Jesteś przy drzwiach! Powiem, żeby się nawracali”. – „A teraz zobaczysz to, co widziało niewielu” – powiedział Pan.
Uzupełnienie ze świadectwa w cerkwi „Źródło życia”:
Wizja demonów w cerkwi
Przyjaciele moi! Zobaczyłam całą ziemię, od krańca do krańca! Zobaczyłam swoją cerkiew, zobaczyłam prawosławną cerkiew. Widziałam, jak w jednej prawosławnej cerkwi dzwony kołyszą na dzwonnicy demony. A na dźwięk tych dzwonów idą ludzie, mówią coś między sobą na świeckie tematy, o swoich sprawach. Potem ci ludzie wchodzą do cerkwi, kupują świece, a stojący obok wielki demon dostaje skądś z dołu, z piekła, ogień i podaje im zapalić świeczki. Małe biesy wskakują na ikony, stają tam i robią miny. Ludzie tego nie widzą. Stawiają świece, żegnają się i odchodzą. To straszny widok. Ale zobaczyłam też coś innego, cerkiew prawosławną. Gdzie stał kapłan ze Słowem Bożym i lud na kolanach wielbił Pana. Tam na dzwonach nie było demonów. Nie było. Zakrzyczałam:„Panie, w naszych cerkwiach tego nie ma!”. I zobaczyłam swoją cerkiew. Zobaczyłam, jak idę na Służbę Bożą, czym są zajęte moje myśli. Zobaczyłam braci i siostry (w wierze – dod. A.L.). Na niektórych z nich jechały biesy, one również witały się ze sobą, przeskakiwały z jednego człowieka na drugiego. Szczypały dzieci, aby dzieci grymasiły. I oto wchodzę do cerkwi i biesy również wjeżdżają. Figlują, skaczą po ławkach. To okropne. Mówię: „Jak takie coś może być?” I oto zaczęły się śpiewy. I zrobiło im się nieprzytulnie. Biesy zaczęły się gromadzić grupkami. Zbierają się na jednym, na dwóch… Już nie skaczą po całej świątyni. A kiedy kaznodzieja otworzył Słowo Boże i zaczął czytać, biesy w panice rzuciły się w różne strony. Wciskały się w każdą szczelinę, wyskakiwały przez drzwi, okna, ale daleko nie odchodziły, zostawały obok drzwi. Po spotkaniu (nabożeństwie? – od A.L.) widziałam duszę, która była po spowiedzi, która wyraziła skruchę i odnowiła swoje nawrócenie, przy wyjściu napotkała 2-3 biesów, które na niej jechały przy wchodzeniu do cerkwi. Biesy rzuciły się na nią – ale, aha! Napotkały ogrodzenie! I nie mogą już dostać się do tej duszy przez to, jak ze szkła, niewidoczne ogrodzenie, które odrzuciło ich do tyłu. Ale one nie chcą zostać same, bez gospodarza. Widziałem, jak jeden z braci, gdy wchodził do cerkwi, niósł na sobie jednegobiesa, a kiedy wychodził, to rzuciła się na niego cała zgraja. I odszedł on jak grono winogronowe, obklejone jagodami, czyli biesami. Dlatego, że on nie okazał skruchy, nie wyspowiadał się. Pozostał w tym stanie, w jakim przyszedł do cerkwi. Później dowiedziałam się, jak byłam w piekle, że biesom w piekle tez jest bardzo źle. One tam się męczą. I wielkim darem dla nich jest wyjście na powierzchnię. A bies, który utracił swego podopiecznego, wraca do piekła. W piekle przez diabłów jest on karany. Dlatego stara się on przyczepić. Ale te biesy, które jechały wcześniej na swym podopiecznym, one tego nowego spychają. Taki sąsiad jest im niepotrzebny. Nie podejrzewałam, że taka duchowna wojna jest na ziemi. To okropne.
Przyjaciele, dachy domów były jakby zdjęte. Widziałam tych, co śpią i jak, kto i jakie sny im napędza. Jeżeli człowiek, idąc spać, na kolanach prosił Błogosławieństwo od Pana i Pan posłał Anioła ochraniać jego sen, to demony i biesy nie mogą podejść. Człowiek śpi spokojnym snem. A jeżeli człowiek zasnął z grzechami, z których się nie oczyścił, to one (biesy, demony – od A.L.) napędzają koszmary. Pisma Święte mówi: „Niech słońce nie zachodzi nad zagniewaniem waszym”. Zrozumiałam, że jest to po to, aby wróg, kiedy śpimy, nie mógł podejść do nas. Pojednajcie się ze swymi bliskimi.
--------------------------------
Wizja Niebieskiego Jeruzalem
Anioł wziął mnie za rękę i zaczęliśmy się oddalać od Tronu Pana. Nie chciało mi się odchodzić z tego miejsca. Było tam tak dobrze. Opuszczaliśmy się coraz niżej. Zobaczyłam piękne miasto.
Piękne miasto. Miało ono niejedne wrota, ale te, do których zbliżaliśmy się, były wykonane z pełnej perły. Otwierały się one jak skrzydła drzwi. Były to dwie pełne niezwykłej piękności perły. Mieniły się one najróżniejszymi barwami. Były one tak piękne, tak ciepłe i tak delikatne, że chciało się stać wiecznie i patrzeć tylko na nie. Gdy wrota się otwarły, zobaczyłam ten niebieski gród. „Jeruzalem?” – pomyślałam. I Anioł odpowiedział: „Tak. Niebieskie Jeruzalem”. Ulice złote. Nie wiem, może to nie było złoto-metal, ponieważ te kamienie ulic wyglądały jak szlifowane złoto najwyższej próby. Były one tak piękne. Nie można było oderwać od nich oczu.
Zawsze marzyłam, aby pojechać do Paryża i obejrzeć Sobór Paryskiej Bogurodzicy (Katedrę Notre Dame – od A.L.), ponieważ zaliczono go do jednego z cudów świata. To dzieło sztuki. Ale zobaczyłam je na Niebiosach. Było jeszcze piękniejsze, niż na ziemi. I przypomniałam, że i Salomon miał świątynię w widzeniu. Zrozumiałam, że twórcom, którzy kochali Boga, Pan pokazywał to, co czeka nas na Niebiosach i oni starali się powtórzyć to w kopiach. Bez błogosławieństwa Bożego nie mogli by oni stworzyć takiego piękna na ziemi. Ale na ziemi to była tylko kopia, a tutaj te dzieła są jeszcze piękniejsze.
Chciałam wejść do miasta, ale Anioł powiedział: „Nic nieczystego nie wejdzie do niego”. Spojrzałam na swoja odzież i ujrzałam kilka plam. Nie wiedziałam, skąd się wzięły, do tej pory ich nie widziałam, ale one były. One były. I wrota się zamknęły. Żałowałam. Żałowałam, że nie wszystko obejrzałam dokładnie. Ale nie mogłam protestować. Szliśmy dalej.
4 uzupełnienia ze świadectwa w cerkwi „Źródło życia”:
a) … To było Niebieskie Jeruzalem. Budynki w tym mieście były doskonałe, prawdopodobnie wszystko, co kiedykolwiek zostało stworzone przez geniuszy, zostało tam zgromadzone: zdumiewającej piękności pałace, domy, dzwonnice – wszystko to było ozdobione zadziwiająco pięknymi malowidłami, płaskorzeźbami, ulice wyłożone jakby złotymi płytkami. Chodzą weseli, radośni ludzie, wchodzą do tych domów, bawią się ptaki i zwierzęta, takie wszystkie piękne, takie niezwykłe. Podziwiałam je. Ludzie mnie zauważyli i zaczęli zbliżać się do bramy, ale Anioł wyciągnął prawą rękę i powiedział: "Ona wróci”, i ludzie zatrzymali się. Widziałam braci i sióstr w wierze, tych, którzy odeszli do Wieczności. Machali mi ręką i mówili: "Tobie jeszcze za wcześnie, idź i powiedz, powiedz, że Królestwo Niebieskie jest blisko”. Tak, ja tak bardzo chciałam do nich, przekroczyć granicę do nich, ale Anioł trzymał mnie za rękę. Zrobiliśmy krok do tyłu, brama się zamknęła. Ruszyliśmy dalej. To było zachwycające!
b) …W Niebieskim Jeruzalem jeszcze teraz nie ma mieszkańców. To miasto jest przygotowane dla Kościoła. Jest ono gotowe – Jeruzalem Niebieskie! W którym będzie królował Chrystus ze Swoim Kościołem. Jest ono piękne! Widziałam szklane morze, na którym stanie Narzeczona (Oblubienica) Baranka. I mgiełkę nad tym morzem, jak woalkę w stroju Narzeczonej.
c) spotkanie znajomego pastora - Murzyna
… Widziałam mieszkańców Nieba, moich znajomych, przyjaciół, którzy odeszli do wieczności. Zobaczyłam pastora z Ghany, to kraj na południu Afryki. Tutaj, na ziemi, bardzo się z nim przyjaźniliśmy się. I kiedy odszedł on do wieczności, z mężem ciężko to przeżywaliśmy, że jeszcze o jednego dobrego człowieka stało się mniej na ziemi. Ale kiedy go zobaczyłam, to zakrzyczałam: „Bracie Nelson! A czemu ty nie czarny?” On był Murzynem. A on odpowiedział: „A ty też nie jesteś biała!”Ze zdziwieniem popatrzyłam na siebie. Przyjaciele! Miałam perłowa skórę, jak różowa perła, podświetlona od wewnątrz. I przypomniałam… „Nie wszyscy umrzecie, ale wszyscy zmienicie się”. Pan Bóg da nam inne ciała. Chwała Mu!
d) spotkanie syna, który zmarł w 10 miesięcy po urodzeniu
Na początku spotkania śpiewano „Chwała Panu”. Po raz pierwszy ten psalm usłyszałam na Niebiosach. A teraz usłyszałam go po raz drugi. Pamiętacie, jak dwie piękne dziewczynki tutaj tańczyły? Tak też tańczyli tam młodzieńcy, grupa młodzieńców pod muzykę tego psalmu. Oni tańczyli i wielbili Boga. Od grupy tej Anioł oddzieli jednego chłopca i podprowadził do mnie. I mówi:„Patrz, kogo przyprowadziłem do ciebie!”Patrzę na niego, coś znajomego, ale czy ja go znam? A chłopiec otworzył usta i powiedział: „Mamo! Mamo, dziękuj Bogu!”. A mi jak zasłona spadła z oczu, poznałam swego syna, ale nie 10-miesięcznego. Nie, przyjaciele! To był dorosły młodzieniec. I on tam tańczył i wielbił Pana!. Mówię: „Synku, dlaczego tak wcześnie mnie zostawiłeś? Twoi pięcioro braci i sióstr nie mogli mi ciebie zastąpić”. Chciałam go objąć. I on też zrobił krok ku mnie, ale Anioł wyciągnął rękę i powiedział: „Ona wróci!”. I syn mój cofnął się i powiedział: „Mamo, chwal Boga! Gdybym został na ziemi, to nigdy bym nie trafił do Nieba”. – „Chwała Ci, Panie, żeś rozpoznał mego syna przed tym, nim wpadł w grzech i wziąłeś go wtedy, gdy był on święty! Chwała Tobie, Panie!” Dziś, kiedy męża pytają, ile ma dzieci, mąż odpowiada: sześcioro, pięcioro na ziemi i jeden w niebie.
-----------------------------------
Szliśmy dalej piękną drogą. Owoce na drzewach. Drzewo kwitnie, zawiązują się owoce i dojrzewają. To wszystko dzieje się równocześnie na jednym drzewie. Kiedy wyciągnęłam rękę, gałązka się nachyliła i owoc znalazł się w mojej ręce. Nie wiem, jak się nazywa ten owoc, nie ma go na ziemi. Był aromatyczny. Wdychałam ten aromat. I, co było dziwne, głodu nie odczuwałam, i nie chciałam go ugryźć. Ale to zrozumiałam dopiero później, wtedy mi to nawet do głowy nie przyszło. Po prostu wdychałam aromat i śpiewałam Chwałę Bogu. Śpiewałam Chwałę Bogu i widziałam, jak z ziemi podnoszą się również kwiaty. Kwiaty były różne. Były najrozmaitsze. I dokądś się unosiły. Mówię: „Dokąd te kwiaty ulatują?” – „To,- mówi Anioł,- Chwała Bogu. Ona niesie się z ziemi, przemienia w kwiaty, splata się we wianek i kładzie się Panu na kolana.” Znów zobaczyłam ziemię oraz śpiewających i chwalących Pana. To były śpiewy cerkiewne. To były śpiewy cerkiewne. Całe życie marzyłam chwalić Boga i mieć ładny głos. Prosiłam Pana: „Panie, daj mi ładny głos, abym mogła śpiewać w chórze. Daj mi słuch, abym słyszała poprawnie muzykę”. Pan mi nie odpowiedział i dopiero tam, na Niebiosach zrozumiałam, dlaczego On jest wielki w różnorodności. I moje śpiewanie i moja chwała – tak, wzlatywały bardzo skromnym kwiatem, ale kiedy wplatały się one we wianek, uzupełniając go, oczu oderwać nie można było. I wianek kładł się na kolana Pana, a On błogosławił.
Zaczęłam się oddalać, obróciwszy głowę do tyłu. Anioł dotknął mnie i powiedział: „Patrz do przodu, a nie do tyłu”. I kiedy jeszcze raz w swym nieposłuszeństwie spróbowałam odwrócić głowę, to już tam nic nie zobaczyłam, ponieważ było tam jasne światło, przez które trudno było cokolwiek zobaczyć. Ale ja już chwaliłam Boga. Cieszyłam się. Zrozumiałam: ładny głos jest mi niepotrzebny. Komu Pan dał chwalić Go ładnym głosem, niech chwali. Kto nie ma ładnego głosu, niech chwali takim głosem, który został mu dany od Pana. Bogu jest to przyjemne. To przyjemne.
Aromat chwały! Nie zauważyłam, gdzie się podział owoc z mojej ręki, ale nie żałowałam, ponieważ dalej następowały miejsca jeszcze piękniejsze, jeszcze ciekawsze. Wyszliśmy na skraj lasu, gdzie drzewa – każdy listek chwalił Boga. Pięknym dźwiękiem chwalił Boga: „Hosanna! Hosanna na Wysokościach!”. Wszystko się radowało.
Zobaczyłam morze. Szklane morze, jak w Objawieniu Jana. Ale szkło – to nie było szkło okienne. Nawet nie kryształ. Było jeszcze bardziej przeźroczyste, piękne, jak woda. Pytam: „A tam co, są ryby?” Anioł mówi: „To jest miejsce dla Narzeczonej. Narzeczony przygotował miejsce dla niej.” Jakże to jest piękne – Kościół – Narzeczona Boga – na tym szklanym morzu. Tak mi się zechciało pozostać tam i poczekać na Kościół. Ale Anioł powiedział: „Twoja pycha może cię zgubić”. Znów zawstydziłam się. „Panie, przebacz mi” – wyszeptałam.
Szliśmy po trawie, która pomagała iść. Nie było żadnego zmęczenia. Nogi zanurzały się w wilgotnej, delikatnej trawce, która pieściła stopy i odczuwałam lekkość od tego dotyku. Lekkość we wszystkim, święto i radość.
Zobaczyłam piękny domek. Zawsze porównuję go z domkiem piernikowym, ponieważ mój biedny rozum nie może znaleźć nic lepszego, ładniejszego dla porównania. Zechciało mi się wejść do niego. Zapytałam: „Kto mieszka w tym domku? Czy jest on zamieszkały?” - „Zaraz zobaczysz” – powiedział Anioł i znów mocno wziął mnie za rękę.
Podeszliśmy do domku. Weszliśmy. Ładny pokój. Zalany był takim matowym światłem. To światło było żywe! Za biurkiem siedział człowiek i cos robił. To „coś” – tego nie ma na ziemi. Ale to, że on to tworzył u cieszył się – to było widać po nim. On również śpiewał psalm.. Znam ten psalm – śpiewano go często w cerkwi:
„Bóg ma prawo do chwały! Chwała Panu! Chwała! Za wszystko Mu chwała!”
Zasłuchałam się w tym śpiewie. Kiedy człowiek się odwrócił, poznałam swego ojca. Ale zobaczyłam nie tego starca, który umarł. Zobaczyłam młodego mężczyznę lat 25 – 30. Kiedy się obejrzał, on również mnie poznał i bardzo się zdziwił. To był mój tata. Mój kochany tata!. On powiedział: „Tanieczko! Przecież tobie za wcześnie.” Anioł wyciągnął rękę, skierował na mnie i powiedział: „Ona wróci”. I tata cofnął się. A ja tak chciałam go objąć. Ale Anioł mocno trzymał mnie za rękę i powiedział: „Na nas czas.” Tata tylko poprosił: „Powiedz mamie. Jak wrócisz. Powiedz mamie wszystko, co tutaj zobaczysz.” W tej chwili moja mama była jeszcze niewierząca, nie nawrócona. Była świeckim człowiekiem. Mi tak nie chciało się odchodzić z tego miejsca. Były dwa miejsca, z których nie chciało mi się odchodzić – podnóżek Tronu Bożego i mieszkanie mego ojca. Mówię: „Tato, a dlaczego jesteś tu, a nie koło Tronu Pana?” I ojciec odpowiedział: „Dziękuj, córko, Panu. Ja, jak głownia wychwycona z ognia. Chwal Go za to, że nie jestem tam, dokąd teraz ty pójdziesz, a jestem tu i jestem szczęśliwy”.
Przypomniałam, jak umierał mój ojciec. On się nawrócił, przywołał kapłana dosłownie 15 przed śmiercią. Nawrócił się. O czym i jak oni rozmawiali, z czego spowiadał się mój ojciec, wie tylko Pan i kapłan. Kapłan wyszedł i powiedział: „On zawarł przymierze z Bogiem. Chwała Panu!” My również wypowiedzieliśmy chwałę Bogu, ale wraz z siostrą myślałyśmy o umierającym ojcu i pobiegłyśmy do sali. Tata szeroko otworzył oczy, był bardzo zdziwiony i powiedział: „Jestem żywy! Żywy! Żywy!” Z tymi słowami odszedł. On umarł dla ziemi. Nie wiedzieliśmy, dokąd poszedł. A on chciał ogłosić, że był martwy, żyjąc w ciele i tylko teraz jest żywy. I ja zaświadczam: on żyje. Żyje Miłością Bożą. On żyje.
Ale trzeba było iść. Stopniowo przesuwając się, nie rozglądałam się już na boki, Wrażeń było dostatecznie dużo. Myślałam o ojcu – jakież to szczęście. Wiedziałam, że jeszcze trochę i wkrótce znów z nim się spotkam, że czas ziemski biegnie bardzo szybko. Ile bym czasu jeszcze była na ziemi, w końcu i tak spotkam się z nim na Niebiosach. Alleluja! Alleluja! Chwała Panu!
Wizja piekła
I oto, myśląc o tym samym, zbliżyliśmy się znów do tej zasłony z brudnej mgły. Przekroczyliśmy tę zasłonę, i w twarz uderzył smród. Żar. Nie było czym oddychać i oddychało się bardzo ciężko. Czy możecie sobie wyobrazić cuchnące spalone mięso, cuchnące jaja, siarkę, i wszystko to w strasznym upale i suchości. Przekroczyliśmy linię piekła. To było straszne. To było straszne, nawet w miejscu, gdzie stałam. Nie można było oddychać. Tam nie ma wody. Tam jest tak sucho, że natychmiast zabolała krtań.
Anioł wziął mnie za rękę i poczułam świeżość. Nie puszczałam już Anioła. Sama trzymałam się za niego.
W pierwszym kręgu piekła
W miejscu, dokąd trafiliśmy, w pierwszym kręgu piekła, byli ludzie. Zamknięci w jakiejś przestrzeni. Miotali się na różne strony. Nad nimi było otwarte niebo i oni widzieli – oni widzieli raj. Widzieli oni to, skąd przyszliśmy z Aniołem, ale nie mogli się tam przenieść. Wyciągali do mnie ręce i prosili o pomoc. Ten, który był wyczerpany, próbował usiąść. Ale na niego wskakiwały jakieś wstrętne zwierzaki – takie demoniątka. Gryźli one tych ludzi, aby tamci się nie zatrzymywali, aby miotali się od jednej ściany do drugiej. Podnosili oczy do nieba i znowu prosili o pomoc. Nie mogli tylko wzywać Imienia Pana - było to im zabronione. Zapytałam Anioła: "Kto to?" Anioł odpowiedział: "To są ci, którzy oczekują na sąd. Przyjdą na sąd, być może przedstawią swoje czyny i zostaną usprawiedliwieni; a może i nie; dlatego że nie ma innego imienia, poza Imieniem Jezusa, dla ludzi do zbawienia. Oni stracili swoją szansę na ziemi”.
Mówię: „ A może tam, na ziemi, będą się za nich modlić i to pomoże?” Anioł przypomniał mi Słowa Pisma Świętego: „Módlcie się, dopóki żyjecie, a potem koniec”.
Wizja dzieci z aborcji
Zgnębiona, zaczęłam się oddalać z tego miejsca i zobaczyłam co innego. To było jak wielkie gigantyczne akwarium. Przyjaciele, nie mogę milczeć o tym, ponieważ do tej pory, kiedy myślę o tym, co zobaczyłam, moje włosy stają dęba i dreszcze przechodzą po skórze. W tym akwarium, wypełnionym gazem, znajdowały się ludzkie zarodki. Jak oni krzyczeli! Jak oni krzyczeli! To było straszne. Krzyczeli: "Nie zabijaj!. Nie zabijaj, mamo!. Nie zabijaj mnie! Nie zabijaj, mamo!. Ja chcę żyć!. Ja będę cię kochać, tylko nie zabijaj!” Straciłam głowę i czuję, jakbym weszła do smoły – dalej nie mogę iść. Pytam Anioła: "Co to znaczy?”. Anioł powiedział: "To są ofiary aborcji. Dusze, które powinny były przyjść na ziemię, aby wypełnić wolę Boga i wrócić do Boga. Ale ich zabito, nie pozwalając im nawet się urodzić. Będą one świadczyć o swoich rodzicach. Zjawią się na sądzie i będą świadczyć o swoich rodzicach."
I nagle zobaczyłam, jak jeden z tych zarodków zniknął. Potem drugi, potem kolejny. Mówię: „A dokąd one znikają? Czy się rozpuszczają?” - "Nie, - powiedział Anioł, - „To Pan ich wyciąga”. Pytam: "Dlaczego? Dlaczego tych zostawia, a tamtych zabiera?”. - "Rodzice tamtych dusz wyrazili skruchę i żałowali, odpuszczono im, i te dusze nie będą już świadczyć o nich w sądzie. One wróciły do Pana."
"O Panie ! Jakże Jesteś wielki, o Panie, że Ty i to przebaczasz. Chwała Tobie, mój Władco!”. Jak tylko zaczęłam chwalić Pana , zobaczyłam, co się stało. Te podłe stworzenia, te demony – szykowały się do ataku. Skądś zjawiły się ogromne demony. Wszystkie one rzuciły się na mnie z siekierami, widłami, z jakąś inna bronią, ale natknęły się, jakby na szklaną ścianę i zostały odrzucone. Anioł powiedział: "Tutaj Imię Boga jest zabronione. Ono nie jest wymawiane. I, jeżeli by nie Wola Boga i nie ogrodzenie, które On postawił, to one by cię rozszarpały.”
Jeszcze raz podziękowałam Panu, że On nie zostawił mnie tam, dokąd posłał. On nie zostawił, On mnie obserwował. Podniosłam oczy do Nieba i zobaczyłem Go na Tronie . Ponownie zobaczyłam Tron i odzież. Poczułam się lekko i swobodnie, że tutaj, w tym strasznym miejscu, Jego ręka jest ze mną. On mnie nie zostawił. Alleluja ! Alleluja ! Chwała !
1 uzupełnienie ze świadectwa w cerkwi „Źródło życia”:
… Wystraszyłam się: „Dokąd one znikają? Co się dzieje?”. Anioł powiedział: „Nic, wszystko dobrze. Rodzice nawrócili się, wyrazili skruchę. Przebaczono im ten grzech, więcej oni nie są zabójcami. I nie ma nikogo, kto mógłby świadczyć przeciwko nim”.Chwała Bogu!
- „Co będzie z tymi duszami?” – „To wie Bóg” – powiedział Anioł. Każdy raz, kiedy było wymawiane Imię Boga, piekło ryczało, rzucały się na nas różne stwory: od ogromnych demonów do małych biesów; starały się napaść na nas i rozerwać – one nienawidziły Boga. Ale Pan postawił ogrodzenie. Byliśmy jakby pod szklanym kloszem. I one rozbijały się o ten klosz i odlatywały. A myśmy szli dalej…
Przyjaciele, proszę o wybaczenie: jak opowiadam to świadectwo, to przeżywam je od początku. Nie umiem panować nad sobą, dlatego proszę o wybaczenie moich emocji.
-------------------------------
Kary dla tych, co robili podziały, dzielili
Opuszczaliśmy się do kolejnych kręgów. W jednym z nich widziałam, jak duszę rąbały na kawałki dwa ogromne demony, w takich skórzanych fartuchach, z siekierami. Rozrąbywały. Robiły to powoli. Rąbały duszę, ale krwi nie było. Był tylko ból. Był wrzask. Krwi nie było. Mówię: „A dlaczego nie ma krwi?” – „Krew należy do Pana”, – powiedział Anioł. – „W piekle nie ma wody i krwi, ponieważ należą one do Pana. Krwi nie ma, ale od tego ból nie staje się mniejszy”. Przypomniałam, że – tak, przecież Krew Chrystusa – ona odkupiła wielu. Zapytałam: „Dlaczego rąbią ich na kawałki?” – „To są ci, którzy robili podziały na ziemi,- uzyskałam odpowiedź. Mówię: "Jak to? Jaki podział?" - "Oni dzielili rodziny. Robili podziały w pracy. Doprowadzali ludzi do tego, aby rozerwać, złamać. Oni robili podziały w rodzinach, kościołach. Wszędzie, gdziekolwiek się zjawili, służyli sobie i tylko sobie. A teraz odczuwają rozdział w pełnym zakresie - teraz ich się dzieli. Oto tak samo, na żywo, rozrywali oni cerkiew”. I znowu, podniósłszy oczy do góry, w myślach podziękowałam Bogu, że tego u mnie nie było, że Pan i od tego mnie ochronił na ziemi; że nawet myśli o rozdzieleniu u mnie nie było. To znaczy, że już do tego kręgu nie trafię. Alleluja! Nie trafię tam! Chwała Panu!
(Strach pomyśleć o tych osobach rządzących i politykach, którzy, świadomie i nieustannie realizują zasadę: „Dziel i rządź”. Jak do nich dotrzeć, aby zrozumieli swój grzech? - od A.L.)
Wizja kotłów
Widziałam prawosławnych kapłanów. Widziałam ewangelickich kaznodziejów, księży katolickich. Każdy z nich znajdował się w swoim własnym kotle, pod którym płonął ogień; w tej wstrętnej cieczy, podobnej do żywicy. Mówię: „Dlaczego?”. Poznałam jednego z nich. Poznałam. To był światły kaznodzieja. "A dlaczego on tutaj, a nie tam, u góry? Przecież on służył Bogu?” I usłyszałem głos z góry: "On nigdy Mi nie służył. On służył sobie. Pracował tylko na swój autorytet. Tak samo, jak pijany batiuszka. Tak samo, jak zdemoralizowany kapłan katolicki. Oni służyli tylko sobie”. I zrozumiałam, dokąd idą ci, którzy służą w świątyniach, gdzie demony kołyszą dzwony na dzwonnicach. A ludzie, słysząc te dzwony, idą. Idą i rozmawiają o czymś swoim. Idą i nie myślą. Zapalają świece i płomień w piekle wybucha jaśniejszym płomieniem. Idą. To straszne.
Kiedy zobaczyłem ewangelickiego kaznodzieję - nie nazwę jego imienia, ale imię to wymieniłam kapłanom. Nie nazywam jego imienia, ponieważ jego dzieci – to prawdziwi chrześcijanie. Przygotowuje się dla nich wieniec chwały. Imię to zna Bóg i ja jego nie nazwę.
1 uzupełnienie ze świadectwa w cerkwi „Źródło Życia”:
…Zobaczyłam kotły. Kotły, w których coś się gotowało, jakieś nieczystości. To nie była smoła, to było coś obrzydliwego, wydobywały się z tych kotłów języki ogniste, pożerające. I dusze spalały się w nich. Odlatywały od nich kawałki ciał. I wszystko ogarniający wrzask… Na kotłach były jakieś napisy. Zapytałam Anioła: „Co tam jest napisane?” A on mówi: „Kotły są podpisane: prawosławni, baptyści, metodyści, luteranie, zielonoświątkowcy” … Mówię: „Coooo?” Ponieważ w kotle zobaczyłam pastora swego kościoła. Kiedy on się rozbił w swym samochodzie, to nie pozwalano go grzebać przez 5 dni, ponieważ przyszli łżeprorocy i powiedzieli, że Pan Bóg go ożywi, jak Łazarza. Jego nawet szarpali za rękaw w trumnie: „Łazarzu, wstań!” A on już w tym czasie był w piekle. To jest straszne! Mówię: „Jakże to? Przecież on miał tak wspaniałe kazania, ciekawe”. Sama lubiłam chodzić na te spotkania, gdzie on głosił swoje kazania. Posłyszałam Głos z Niebios. Głos usłyszało też całe piekło i zatrzepotało: diabły zaczęli się rozbiegać i chować się. Pan powiedział: „On mówił słowa prawidłowe, ale do serca Mnie nie wpuścił”. I przypomniałam sobie, co jest napisane: „Słuchajcie, co oni mówią, ale nie postępujcie według czynów ich”. Teraz miałam ilustracje przed oczyma. Jakżebym chciała nigdy nie zobaczyć tej ilustracji. Nie wymieniam nazwiska pastora, przyjaciele. Dlatego, że on miał pięcioro synów, kiedy wróciłam na ziemię, to opowiedziałam im. Jego żonie opowiedziałam pewne szczegóły, które znała tylko ona z mężem i Pan Bóg. Przyjęli oni to oskarżenie i nawrócili się. Pan im przebaczył. Dlatego ja nie wymieniam dziś jego imienia. Dlatego, że przebaczono im to.
-------------------------------
Dzieci Boże
Kiedy zapytałem anioła: "A gdzie są nasi chrześcijanie – ewangelicy, nasi Pięćdziesiętnicy (Zielonoświątkowcy)? Chcę do nich”. Widziałem wiele znajomych twarzy. Ale byłam ciekawa, co z nimi, gdzie są. "Gdzie?” – pytam. A on mówi: "Kto?" Mówię: "Jak to kto? No, moi bracia i siostry w wierze. No, dobrze, wtedy gdzie są prawosławni?”. A Anioł odpowiedział: "Tutaj nie ma ani tych, ani tamtych. Tutaj są dzieci Boże.” Rozumiecie, przyjaciele? W Niebie nie ma rozdziału. Tam są Dzieci Boże, i nie ważne, jakiej oni byli wiary. Ważne, co było w ich sercu i komu oni służyli. Wszyscy, którzy służyli Panu Jezusowi Chrystusowi są w Niebie. A ci, którzy służyli sobie, w swojej wierze, to w piekle są oni rozdzieleni. Każdy z nich ma swój własny kocioł ze smołą. To jest straszne. To jest straszne. A przecież ludzie ci – oni znali Prawdę, ale nie uwierzyli jej. Przyjaciele, jeśli znacie Prawdę, nie odżegnujcie się od niej. Uwierzcie, że wszystko, co zostało powiedziane w tej Księdze, oto w tej Księdze- to jest Prawda. To Prawda do ostatniej kropki.
Wizja ukochanej Babci
Opuszczaliśmy się niżej. Opuszczaliśmy się do samego dna piekła. W jednym z kręgów zobaczyłam swoją Babcię. Tak, mamę mego Ojca. Moją dobrą, czułą, wspaniałą Babcię. Demon szczypcami wyciągał jej język. Szczypce rozżarzone. Od tych szczypiec zapala się język i całe ciało zwęgla się. I kiedy proch z ciała powinien się rozwiać i męczarnię się skończą, ona znów – demon otwierał szczypce, język wypadał i na tym miejscu proch się łączył i – ona znów stawała się tą, co poprzednio. I męczarnie trwały dalej. Ona krzyczała, ale powiedzieć nic nie mogła. Patrzyła na mnie wytrzeszczonymi oczami i wyciągała ręce. Nie mogłam na to patrzeć. Ponieważ pomóc jej w niczym nie mogłam. Nie mogłam wyciągnąć do niej rękę i ochłodzić jej język. Okazuje się, ona przeklinała. Ona przeklinała. Zrozumiałam, dlaczego z nią nie przyjaźnili się sąsiedzi. Strasznie to mówić. Boleśnie to mówić. Jej syn, mój Ojciec, znajdował się w raju, a jego mama całą wieczność będzie przebywać tu. Nie mogłam się ruszyć z miejsca. I gdyby nie Anioł, to chyba stałabym i stałabym tam. Płakałabym i krzyczałabym. Krzyczałabym zamiast niej. Nie wiem, jak znaleźliśmy się jeszcze niżej.
1 uzupełnienie ze świadectwa w cerkwi „Źródło życia”:
… Odwróciłam się i zobaczyłam oczy mojej Babci. Tylko co w Niebiosach widziałam mego Tatę, jej syna. On, jak głownia, wyrwana z ognia, a moja miła Babcia, u niej tyle ikon było, ona umiała tyle modlitw, a teraz wielki demon szczypcami wyciąga jej język. Od rozpalonychszczypiec zaczyna się on palić. Powoli, powoli spala się, ogień pełznie do krtani. Z początku ona krzyczy, potem chrypi, wypala się, wypala się cała, całe jej wnętrze i w końcu pęka, został tylko popiół … zaraz się on rozwieje, - miałam nadzieję - , miałam taka nadzieję, że on się rozwieje. Ale, nie. Popiół spada kupką, szczypce rozwierają się i spalony kawałeczek języka spada na ten popiół i ona znów powstaje, odtwarza się. I męczarnie rozpoczynają się od nowa. Już ponad 30 lat ona jest tam, a dalej – wieczność. Rzuciłam się, aby pomóc jej. Czułam, że mam wilgotna rękę, tę, za którą trzymał mnie Anioł. Chciałam chociaż tylko trochę ugasić, ugasić ten płomień. Ale napotkałam postawioną przeszkodę. I nie zdołałam dotknąć, a ona… ona patrzyła na mnie, ona błagała mnie oczami. Zapytałam Anioła: „Jakże to, u niej były ikony”. Anioł powiedział: „Jej idole jej nie uratowali. Ona miała fałszywy język, kłamliwe usta.” I przypomniałam sobie, jak kiedyś w dzieciństwie usłyszałam, jak sąsiadki mówiły o niej. Jedna powiedziała: „Nataszka”. - „Jaka Nataszka?” – pyta druga. „A ta, czarnousta” (ros.–„чёрноротая” – A.L.). Przybiegłam do domu i popatrzyłam Babci w usta: „Dlaczego mówią, żeś czarnousta, przecież usteczka masz różowiutkie”. Teraz zrozumiałam, dlaczego nazywano ja czarnoustą. Ona kłamała. I język! Ona nie poskromiła go. I teraz on ją niszczy. To straszne. Aniołowi mówię: „Chodźmy stąd. Chodźmy stąd, ja już nie mogę tego oglądać”. Zobaczyłamkotły…
------------------------------
W poczekalni diabła
Nie wiem, w jaki sposób znaleźliśmy się jeszcze niżej, ale zobaczyłam drzwi. Pokój, i drzwi z pokoju, czarne, wysmarowane jakby jakimiś nieczystościami. W drzwi te wchodzili ludzie - tak mi się wydawało, ponieważ niektórzy z nich byli pięknie ubrani; ubrania ich były z najlepszych firm, jak np. Versace, jeansy „Montana”, stroje sportowe; byli też żebracy w łachmanach, czy dziewczyny w ażurowych pończoszkach. Ale u wszystkich nich były obrzydliwe mordy. Właśnie mordy, przyjaciele, nie twarze. Przychodzili tu. To były demony, które chodzą po ziemi i deprawują ludzi. Przyszli, aby zdać sprawozdanie swemu gospodarzowi. Siedział on za zamkniętymi drzwiami. Kiedy drzwi się otworzyły, zobaczyłam podnóżek tronu. On maskuje się pod Boga. Nie chce, aby widziano jego twarz. Ale tron był odrażający. Ze wstrętem i obrzydliwością na niego patrzyłam. Zamknęłam oczy, ale zdążyłam usłyszeć, jak oni się rozliczają. Zobaczyłam tez jednego demona w drogim ubraniu z notebookiem, który wyjął coś z kieszeni. Tego „coś” nie widziałam. Ale to „coś” – to była dusza. Zrozumiałam, kiedy demon powiedział: „Gospodarzu, oto jeszcze jedna dusza. Zwiąż ją.” I drzwi się zatrzasnęły. Nie mogłam się ruszyć z miejsca. Zapytałam Anioła: "Jakże to może być? Jeszcze jeden człowiek umarł i duszę jego pochwycono?” On powiedział: "Nie. W przeciwnym razie dusza ta znajdowałaby się w jednym z kręgów. A ten jest jeszcze żywy. On zawarł pakt. On zawarł pakt. Sprzedał swoją duszę. Teraz diabeł ją zwiąże, zaniesie na miejsce, zakuje w kajdany, a w ciało tamtego wsadzi demona. Ten człowiek wstanie, będzie chodził, będzie wykonywał swoje prace. Ale to już nie będzie on. Jego związana dusza będzie przebywać we wnętrzu ziemi. A demon, któremu on oddał swoje ciało, będzie chodzić po Ziemi zamiast niego.” Przypomniałam, jak o złych ludziach mówią: "bezduszny człowiek." Bezduszny, ponieważ jego dusza jest w niewoli. Dusza – niewolnica. Wróg wypuści ją dopiero wtedy, kiedy piekło wyda dusze i kiedy morze wyda umarłych. Tak powiedział Pan. On tak napisał.
1 uzupełnienie ze świadectwa w cerkwi „Źródło życia”:
… Byli pięknie ubrani, biznesmeni i bizneswoman w ubraniach z najlepszych firm zagranicznych – Versace, Dolce&Gabbana, wytworni, z notebookami, dziewczyny w ażurowych pończoszkach… Byli też żebracy, z ranami, w strupach, w łachmanach. Były tam wszystkie stany. Wszystkie, stany, jakie są na ziemi. Ale łączyło ich tylko jedno: ich twarze! Nie mogę powiedzieć twarze, chce mi się powiedzieć: mordy. Nie wiem, jak je nazwać. Złośliwe oczy, oni gryźli się ze sobą, przepychali, tam nie było pokoju. Jeden od drugiego coś wyrywał, krzyczeli na siebie. Dwóch stało w objęciach, ja i na ziemi widzę na przystankach takich, to homoseksualiści. To diabeł. On ich wrzuca tu, na ziemię, aby deprawowali młodzież, a jeżeli się uda, to i lud Boży. Widziałam, jak rozlewano napoje alkoholowe, jak przygotowuje się narkotyki. To wszystko robi się tam. I moda! Tam się szyje. Byłam bardzo poruszona, kiedy zobaczyłam spodnie, jakie nosi mój syn, tak zwane „podarte dżinsy”. Patrzyłam: u niego dziury w dżinsach są jakby w miejscach przyzwoitych. Tak jakby. Nie widziałam w tym nic złego, nawet kiedy pastor powiedział: „Siostro Taniu, w jakich spodniach chodzi pani syn, on nawet do cerkwi przychodzi w tych spodniach”. A ja mówię: „Pastorze, ależ to nic złego. Wydorośleje i zmieni spodnie”.Ale ja nie wiedziałam, że te spodnie są szyte według szablonów piekła. I są one szyte po to, aby mącić niewinne siostrzyczki. I diabłu to się udaje. Żeby niepotrzebne myśli powstawały w czystych główkach niewinnych siostrzyczek. A ja, matka, pozwalałam swemu synowi, ale on nie zamierzał zwodzić niewinne siostrzyczki. On i dotąd jest jeszcze nieżonaty, młodszy syn, chociaż ma 30 lat. On mówi, że będzie jak Apostoł Paweł. Niech umocni go Pan! Amen.
Wpadłam wtedy w przerażenie. Ale jeszcze bardziej się przeraziłam, kiedy dowiedziałam się, że żarty różne też są wymyślane w piekle. Jak się cieszyły demony, gdy zadawały jeden drugiemu pytanie: „Czym pachnie moda?”. Proszę przeczytać od tyłu słowo „moda”. Czym pachnie moda? – „Adom” (ros. „ad” = „piekło”, czyli moda pachnie piekłem – od A.L.). I to jest żart stamtąd. W nagrodę za ten żart jeden z demonów wyszedł na powierzchnię. Podobało się to demonom.
…Drzwi się otworzyły i zobaczyłam podnóżek tronu diabła. To on za tymi drzwiami zrobił sobie salę tronową. A dlaczego małe drzwiczki? Dlatego, ponieważ jak powiedział mi Anioł, żaden z jego sług nie odda mu pokłonu. Dlatego zrobił on małe drzwi, aby wchodzący do niego, schylając się, robili mu pokłon. Żąda on też, aby tak samo wychodzili. Tyłem do tyłu. O, tak. Cofali się aż do wyjścia. Nie wiem, jak wygląda tron diabła. Nie wchodziliśmy tam. Nie ukłoniliśmy się diabłu. I chwała Bogu! Kiedy poznałam tę duszę (która podpisała pakt i którą demon przyniósł do diabła – patrz wyżej – od A.L.): to jest jeden z ukraińskich polityków, on żyje obecnie. On sprzedał swoją duszę diabłu za władzę. I niedługo przyjdzie do władzy. Ale diabeł oszukał go. Teraz w jego ciele żyje demon. A dusza związana znajduje się tam, w piekle. I z władzy będzie korzystał demon. Dlatego na Ukrainie będą prześladowania. Trzeba korzystać dzisiaj z dni Łaski Bożej. Dni są krótkie. Bóg powiedział:„Na krótki okres czasu otworzę”. I otworzył. Chwała Mu, że otworzył!
------------------------------
Kiedy spotykasz takich ludzi z pustymi, okrutnymi oczami, to rozumiesz, że to właśnie o nich Słowo Boże mówi: "Za podobnych do nich nie módlcie się, albowiem nie ma dla nich zbawienia”. Do tej chwili nie rozumiałam. „Panie, no jakże tak? Czegoś nie rozumiem. Dlaczego nie ma zbawienia?” – „Dlatego, że oni dobrowolnie oddali siebie, że ich związał wróg. I w jego ciele już mieszka wsadzony demon. Rodzina ciągle jeszcze myśli, że to jest ich wspaniały tata i dziwi się, jak on się zmienił w ciągu jednej nocy. Koledzy myślą, co się stało z ich wspaniałym kolegą, że on tak się zmienił, jakby to był inny człowiek. Dziwią się. Ale, będą się dziwić, dziwić, a potem przyzwyczają się, że to chodzące zło. A to chodzące zło będzie deprawować innych, podobnych do siebie”.
Nie chciałam już nic widzieć. Byłam tak strasznie przerażona i bałam się tylko jednego – aby nie być wrzuconą do jeziora ognistego, obok którego przechodziliśmy. Albo do tego jeziora z nieczystościami, w którym bełtały się dusze, starając się wyleźć z niego, i które krzyczały w kierunku nieba, które było przez nich widoczne. Mieszkańcy Nieba tego nie widzą. Dla nich jest to zakryte. Widzą oni Ziemię i swoich bliskich, za których się modlą. Przychodzą do podnóżka Tronu i proszą Pana Boga. A Pan posyła Aniołów, aby zatrzymali grzesznika, jeśli jest to możliwe. A tamci w piekle – oni nie mają możliwości nawet ostrzec swoich bliskich, i powiedzieć, gdzie się znajdują. I jak jest im okropnie, gdy ich bliscy, wspominając o nich w rocznicę ich śmierci, mówią dobre słowa: "Jaki on święty był za życia, jak kochał ludzi." Jeśli to jest niezgodne z rzeczywistością, demony znęcają się. Zwiększają tortury, i za każde dobre słowo o zmarłym, im staje się jeszcze gorzej. Dusze te stamtąd wołają: "Zamilczcie”. Ale ludzie tego nie słyszą. Są obłudni. Przecież większość wie, jakim był zmarły za życia, ale udaje. Jeżeli wiecie, że za życia był on nie taki, jak należy, to milczcie. Milczcie. Nie zwiększajcie jego cierpienia. Albo powiedźcie prawdę o nim: "Tak. On nie był święty. Był grzesznikiem". Powiedźcie prawdę. Jego tortury od tego się nie zwiększą. One nie osłabną, ale i nie zwiększą się. Pozostaną takie same aż do przyjścia Chrystusa, do sądu. Pamiętam, jak kiedyś byłam na pogrzebie osoby jawnie nieprzyjemnej. Ale przysłowie ludowe mówi: "O martwych albo dobrze, ani nic." I, z reguły, zaczynamy go chwalić, nie zdając sobie sprawy, że tam jest im jeszcze gorzej od naszych kłamstw ...
Nie zauważyłam, jak zaczęliśmy się wspinać coraz wyżej i wyżej. Znów okazaliśmy się obok tej zasłony. Przekroczyliśmy próg zasłony, i ja pełna piersią wciągałam zapach tego kadzidła. On ożywiał mnie. A Anioł odwrócił mnie twarzą do zasłony, leciutko trącił go w ramię i powiedział: "Na ciebie czas”.
Powrót do ciała, wskrzeszenie
Przyjaciele moi, jeśli z ciała wychodziłam łatwo, swobodnie i radośnie, to wracałam z bólem, kiedy potoczyłam się w dół, w tym tunelu, którym szłam do góry, nabierając szybkości. Z tym bólem wdarłam się do ciała. Z bólem i krzykiem. Zawstydziłam się - w porównaniu z mękami piekielnymi, to nie było bolesne. Można to wytrzymać. Zamilkłam. Ale usłyszałam, że jeszcze ktoś krzyczy. Otworzyłam oczy. Myślę : "Kto to może krzyczeć?". I zobaczyłam: pokój, kafelkowe ściany. Na podłodze siedzi kobieta w białym fartuchu, fartuch mokry. Obok leży przewrócone wylane wiadro, mop do mycia podłogi. A ona siedzi i tak pokazuje ręką: "E-e, e-e-e". Ona nie tylko krzyczy, ale i jęczy.
Usiadłam. Źle widziałam. Zrozumiałam: nie zaszyto mi głowy. Mówię: „Czemu krzyczysz?" . O, lepiej było nie pytać. Biedna kobieta zrobiła się biała jak ściana. Mówię do niej: "Nie bój się. Nie krzycz." Ale ona na czworakach tak szybciutko – szybciutko, do drzwi. Wypełzła.
Zrobiło mi się zimno. Zaczęłam się rozglądać i zobaczyłam, że jestem przykryta tylko jednym prześcieradłem. Na nodze zielenią brylantową napisany jest numer historii choroby. Na drugiej - imię i nazwisko oraz data śmierci. Wiedziałam, jak się postępuje z umarłymi. Jestem lekarzem. Spędziłam nie jeden dzień w kostnicy, kiedy zdawałam egzaminy z anatomii i chirurgii. „Ale dlaczego tu jestem?” – pomyślałam. Przecież dopiero co byłam na Niebiosach. Ach, tak, Pan powiedział: "Ty wrócisz”. "Co robić dalej? „Panie, chyba nie pozwolisz, aby cięli mnie na żywca? Zaraz będą robić sekcję”,- pomyślałam. Poczułam straszny ból brzucha. Spojrzałam w dół, zobaczyłam rozcięcie. Aha, już mnie rozcinano. Dotknęłam ręką, a krwi nie ma. „Dziwne,” - pomyślałam.
Usłyszałam krzyk, ruch za drzwiami, drzwi się otwierają, i wchodzi chirurg, który mnie operował. Machał ręką przed sobą: "Nie, nie, nie, to niemożliwe." I zamarł - zobaczył mnie. Potem mówi: "No, połóż się. Jesteś martwa." Owinęłam się w prześcieradło i mówię: „Jestem żywa.” On mówi: "Żywa. Spójrz na swoje ręce, żywa. Szybciutko kładź się.” Mówię: "Nie położę się. Tam zimno”. Spojrzałam na swoje ręce: no tak, trupie plamy. Granatowe, prawie czarne paznokcie paliczków. Przez umysł przelatuje: „No tak, krew z rozcięcia nie wyszła, a więc już skrzepła.”- "Nie, - mówię. – „Pan nie ma racji, doktorze. Pan nie ma racji. Ja żyję. Wróciłam.” Ten profesor kiedyś uczył mnie. Mówi: "Z tobą zawsze były problemy. Ale taki problem ... I co teraz z tobą robić?" A ja trzymam moją głowę -głowę, gdzie nie ma kawałka czaszki i mówię: „Chyba trzeba zaszyć”. - "No tak, zaszyć", - powiedział profesor i wyszedł. „No, dobrze, przecież nie porzuci on mnie tutaj” – myślę.
Po pewnym czasie za drzwiami zaczęło się jakieś zamieszanie. Weszli dwaj sanitariusze z noszami - wózkiem na kółkach i zaczęli się kłócić między sobą: kto wózek podstawi, kto będzie trzymał za głowę, kto za nogi; a jeżeli umarlak się rzuci; a może to wampir – ugryzie i wypije całą krew. Mówię do nich: „"Ja nie gryzę. Nie jestem wampirem. A w ogóle, to jestem chrześcijanką. Rozumiecie?” - "Nie."
Popchnęli wózek, który uderzył w stół i stanął skośnie, i pokazują mi na migi (ze mną oni nie rozmawiali, tylko ze sobą, każde słowo przeplatając niecenzuralnym wyrażeniem): że mam przesiąść się na wózek sama. Mówię: „Dobrze, ale odwróćcie się”, ponieważ jest napisane w Słowie Bożym: „Nie odkrywaj nagości swojej”. Wykonali to chętnie, ponieważ mało przyjemne jest patrzenie na umarłego. Wyszli na korytarz – a jeżeli w chwili, gdy odwrócą się oni plecami do mnie, ja rzucę się na nich (że tak myśleli, to oni już później mi opowiadali, kiedy mnie wypisywano ze szpitala). Bardzo się obawiali podstawić plecy. Przesiadłam się na wózek. Zajrzeli i znów zaczęły się targi: kto, dokąd będzie wiózł. W końcu ktoś nakrzyczał na nich i powieźli mnie po korytarzach. Wieść rozniosła się po korytarzach. Dowieziono mnie do Chirurgii. Jak tylko skręcali w korytarz, wszystkie drzwi się otwierały i wszyscy ciekawscy wyglądali, ale kiedy napotykali mój wzrok, natychmiast chowali się, zamykając drzwi. Myślę: „Niepotrzebnie się boją – przecież jestem żywa.”
W domu trwały przygotowania do pogrzebu. Minęły 72 godziny. Było niezrozumiałe, dlaczego nie wydają trupa. "Sekcji nie było, sekcji nie było”. Wszystko jasne. Pan dopuścił te wszystkie zwłoki, ponieważ w Planie Bożym było – wrócić mnie. Chwała Panu!
A gdy na trzeci dzień, w poniedziałek, przyjechała moja rodzina z trumną, powiedziano im: „Rozumiecie Państwo, taka sprawa – ciała nie ma.” – „Jak to nie ma? – dziwi się rodzina, - A gdzie się podziało to ciało."- "Ono jest żywe. Ono ożyło.” - „Dlaczego wyśmiewacie się z ludzi? – Tutaj takie nieszczęście, a wy żartujecie? Jak trup po trzech dniach może ożyć?”– krzyczała moja mama. "Może" – to mój mąż krzyczał: "Przecież mówiłem: ona wróci! I ona wróciła! Wszystko w porządku."
Kiedy w domu przestawiano meble, żeby kiedy przywiozą trumnę, postawić ją na pożegnanie, mąż mówił: „Nie ruszajcie, nie ruszajcie. Tatiana przyjedzie i sama wszystko porozstawia.” A maja matka mówiła: „Doczekałam się – córka zmarła, a zięć zwariował."
Biedne dzieci. Mieliśmy jeszcze dwoje niezamężnych dzieci. Troje już miało własne rodziny . A dwoje - 12 i 13 lat. Byli w domu. Biedne dzieci – wpierw im się mówi: mama zmarła, a potem: mama żyje. Ale im bardziej odpowiadał drugi wariant. Dlatego, kiedy przyjechałam, młodszy syn trochę się przestraszył. Po miesiącu wypisano mnie ze szpitala, ale na ciele były jeszcze plamy trupie. Łysa mama z dziurą w głowie - to była nie ta mama, którą on znał. Wystraszył się, ale opanował się i podszedł mnie pocałować, mój chłopczyk. I wszyscy poszło dalej zwykłym trybem. Wszystko dobrze, za wyjątkiem jednego ...
Brak pracy
Oczywiście, zostałam zwolniona ze wszystkich prac – przecież umarłam. Nieboszczyków ponownie do pracy nie przyjmuje się, nawet tych, co ożyli. "Pracy nie ma", - odpowiadano mi. No, dobrze, jak nie ma, to nie ma. I mężowi, żonatemu na zmarłej, okrętu powierzyć nie można. „Dziwni jesteście, - mówią,- wy, Zielonoświątkowcy. To umieracie, to znów ożywacie. To niebezpieczne wypuszczać was na morze."
Przez długi czas nie było dla nas pracy. Zaczęliśmy nawet sprzedawać nasze rzeczy , bo przecież trzeba było nakarmić dzieci, zapłacić za światło, za ogrzewanie – kupić węgiel (mieliśmy prywatny dom). Ale nie można tak żyć stale. Mąż zaczął prosić – on, kapitan statków oceanicznych – czy nie znalazłaby się praca chociaż zwykłego marynarza-sprzątacza, obojętnie jaka praca. Odpowiadano mu: "Jesteś chrześcijaninem? Powiedz, kogo mamy zwolnić – zwolnimy. Powiedz kogo zwolnić i my postawimy ciebie na jego miejsce.” Diabeł jest przebiegły. Ale mąż powiedział: "Jeśli zechcecie dać pracę, to znajdzie się i miejsce. A zwalniać nikogo nie trzeba, u nich też są rodziny.”
Pogróżki
Grożono mi. Przyszli na trzeci dzień jeszcze w szpitalu po moim zmartwychwstaniu. Ludzie w białych fartuchach, o wojskowej postawie. Zapytali mnie: "A więc, gdzie byłaś?". Szczegółowo zaczęłam im opowiadać. Opowiadałam, gdzie byłam i co widziałam. Słuchali oni uważnie, bardzo uważnie słuchali. Kiedy skończyłam, powiedzieli: „Koniec. Nigdzie ty nie byłaś. Nic nie widziałaś. Inaczej pożałujesz. Ostrzegliśmy cię". A ja mówię: "Jak to, nie byłam? Byłam. Widziałam i piekło i raj, przed podnóżkiem Tronu stałam”. – „A czy ty wiesz, że nie wszystkie dzieci przypadkowo wpadają pod samochód?”,- powiedział jeden z nich. Przyjaciele, strach mnie ogarnął. Mówię: „Tylko nie dzieci”. I wtedy przypomniałam sobie: "Sprawiedliwemu wszystko dla jego dobra.” Mówię: "Dobrze, jeżeli Pan Bóg zechce, aby moje dziecko odeszło z tej ziemi, to ono i tak przyjdzie do Pana, a tam jemu będzie lepiej. I będę się cieszyć, że on jest teraz tam i więcej już go nie dostaniecie”. Wzruszyli ramionami i powiedzieli: „Zwariowana matka” i odeszli.
Wszystkie te pogróżki nie zadziałały, ponieważ we wiosce, w której mieszkaliśmy, rozniosła się wieść: "Tatiana umarła, a teraz Tatiana została wskrzeszona." Każdy idzie – bo to ciekawe jest zobaczyć, dotknąć, porozmawiać, zapytać. I wtedy diabeł podpowiedział naszemu rządowi, jak nas się pozbyć. Aresztować nie można – będzie hałas, będą rozmowy, cerkiew zacznie się wstawiać i tak dalej.
Prześladowania. Tułaczka przez 7 krajów i ogień
Wypłynięcie w rejs
Poszli na podstęp - mężowi zaproponowano pracę starszego pomocnika na statku, ale pod jednym warunkiem: w rejs pójdzie też jego żona. Jestem lekarzem z wykształcenia. Terapeuta. Nadaję się na stanowisko lekarza okrętowego. A kiedy zapytaliśmy kościoła – to na naszą potrzebę, poprzez proroctwa Pan pobłogosławił nas. Powiedział On, że poprowadzi nas przez siedem krajów, przez ogień i doprowadzi nas znów do naszego kraju, gdzie będziemy Mu służyć tak, jak On chce. Ponieważ to proroctwo przyszło przez młodszego brata, to my nie przyjęliśmy go. Okazaliśmy brak zaufania nie Bogu, a młodszemu bratu. Powiedzieliśmy mu: "To nie może być. Nie może." - "Zobacz, - ona jeszcze słaba – mówi mąż,- ona musi odzyskać siły. Pan nie mógł ci tego powiedzieć.” Mógł. I oślicy Bóg kazał otworzyć usta. A tym bardziej Swemu synowi, temu prorokującemu bratu.
My często nie doceniamy. Mówimy: „On jeszcze za młody, aby mówił do niego Pan” albo
„On jest za stary, to sklerotyk”. Przyjaciele, jeśli Bóg mówi, to On sam wybiera naczynie, poprzez które chce mówić. Chwała Panu, ponieważ spełniło się wszystko, co było prorokowane przez tego brata. Popłynęliśmy w rejs. Przeszliśmy przez 7 krajów.
W ciągu dwóch lat załoga była wymieniana. Dla nas nie było wymiany. Na Ukrainę nas nie wpuszczano. W czasie, gdy pływaliśmy, pękł Związek. Ukraina stała się niezależna. I wtedy kapitan nowej załogi otrzymał rozkaz wyrzucić nas za burtę. Za burtę, a więc za burtę.
Byliśmy na Morzu Południowo- chińskim, kiedy radiotelegrafista (Panie błogosław mu, teraz on jest naszym bratem w wierze; wtedy ten człowiek jeszcze nie poznał Boga, ale dusza jego była dobra) powiedział mężowi, abyśmy nie wychodzili na otwarte pokłady, ponieważ ma nas wyrzucić za burtę drugi mechanik.
Niedokończone zabójstwo
Kiedy wyszłam na korytarz, drugi mechanik zaczął mnie bić. Deptał nogami. Złamał mi gardło. Powybijał wszystkie zęby. I, wybiegając w przyszłość, powiem: wróg pochwycił jego duszę. Dlatego, że dosłownie po upływie miesiąca ten człowiek szedł po pirsie (molu) pijany. Następnie, na oczach mnóstwa świadków podniósł ręce do przodu, jakby stawiając opór, i krzycząc wpadł do wody. Na trzeci dzień znaleziono jego trupa. Diabeł go wykorzystał. Nie wiem, co mu obiecał. I oszukał. Oszukał, bo jest kłamcą. On nigdy nie spełnia swoich obietnic.
Wypędzono nas. Zamknięto nas w kabinie i zamierzano wyrzucić za burtę. Pobici, siedzimy w kabinie, ja płaczę, a mąż twardy. On był twardy. Kapitan Białous zawsze był twardy – i na mostku, kiedy trzeba było podjąć decyzję, i w rodzinie, i w tej trudnej chwili on był twardy, ponieważ wierzył Bogu. On wierzył i tak do mnie mówił: „Chociażbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty, Panie, jesteś ze mną”. Przyjaciele, pamiętacie ten psalm? (23 – od A.L.). Mąż pocieszał mnie tymi słowami. A ja płakałam i mówiłam: „Kto nam pomoże? O czym ty mówisz? Ocean, morze i niebo. Koniec. Gdzieś tam za horyzontem jest Singapur."
Mordercy nasi chodzą po korytarzach. „Weź,- mówi mąż,- otwórz Biblię. Ponieważ mi nie wierzysz, otwórz i przeczytaj." Otworzyłam losowo i przeczytałam: "Co ludzie mogą zrobić tobie, jeśli Ja jestem z tobą?". I, rzeczywiście, co mogą zrobić mi ludzie, jeżeli Sam Bóg jest ze mną? Po co mi to ciało? Przecież ja, jak nikt poza mną wie, że ono więcej nie będzie mi potrzebne na Niebiosach.
Łzy moje wyschły, i zaczęliśmy śpiewać psalmy. "Czy słyszysz głos miłości w prostocie? Czy słyszysz wspaniałą historię." W Psalmie śpiewa się: "Słuchajcie", a my, odnosząc się do siebie, śpiewaliśmy: "Czy słyszysz?" i zaczęliśmy się cieszyć. Bo, rzeczywiście, Bóg jest z nami. I nie jest ważne, że jesteśmy zamknięci w kabinie. Nieważne, że krwawią rozbite dziąsła. Tak, to wszystko nie ma znaczenia, ponieważ to wszystko może pozostać na ziemi. Tam będę miała wspaniałe piękne zęby. Alleluja! Chwała Panu!
Uwaga od A.L.:
To nie jest psalm. To słowa z pieśni cerkiewnej. Podaję tekst pierwszej zwrotki:
1. Слушайте повесть любви в простоте, Слушайте дивный рассказ; Бог нас навеки простил во Христе, Бог нас от гибели спас.
1. Słuchajcie opowieści o miłości w prostocie, Słuchajcie wspaniałą historię; Bóg przebaczył nam na zawsze w Chrystusie, Bóg uratował nas od śmierci.
Przebywając w tym stanie, usłyszeliśmy hałas. Po pokładzie chodzili, biegali ludzie, nie wiadomo, co się dzieje. Wreszcie rozległa się mowa angielska i ktoś zapytał: "Kto jest za tymi drzwiami? Otworzyć drzwi!”. Szukano narkotyków, ponieważ ktoś doniósł, że nasz statek przewozi narkotyki, więc władze Singapuru wraz z Konsulem przybyli na statek, ponieważ statek był ukraiński i było to terytorium Ukrainy (stąd obecność ukraińskiego konsula). Otwierano kabiny i w jednej z kabin, a dokładnie w ambulatorium, znaleziono nas, pobitych. Oficer zapytał: „Kim są ci ludzie? Dlaczego są pobici”?. Na to kapitan odpowiedział: "Oni walczyli ze sobą, ponieważ to zombie. Czytają szkodliwą książkę i potem biją jeden drugiego. Przynoszą siebie jako ofiarę swemu Bogu.” Oficer singapurski zainteresował się i mówi: „A jaka książkę oni czytają?” W tym czasie jeszcze nie znałam angielskiego, ponieważ w szkole, a potem w instytucie uczyłam się niemieckiego. Znacznie później nauczyłam się jeszcze czterech innych języków. Ale w tej chwili mąż wręczył mu angielską wersję Biblii Króla Jakuba. Tamten wziął Biblię, przekartkował i powiedział: "Kapitanie, przecież to jest Święta Księga. To jest Biblia. Ona nie może z człowieka zrobić zombie. A wy kim jesteście? Jakie wyznanie?” Mówię: "Zielonoświątkowcy" - "Alleluja ! – wykrzyknął oficer - Alleluja! Ja również jestem Zielonoświątkowcem!”. Zaczął nas obejmować. Wtedy podszedł konsul i powiedział: "Nie dotykać. To jest terytorium Ukrainy. Zostali aresztowani według prawa Ukrainy". "Tak, - mówi oficer, - są aresztowani zgodnie z prawem Ukrainy. Ale my zrobimy protokół, i jeśli ci ludzie nie przybędą do portu przeznaczenia, to pan, kapitanie i pan, panie konsulu, będziecie mordercami. Wiem, że chcecie ich zabić. Ale Duch Boży wystąpił przeciwko wam." Sporządzono protokół. Kapitan otrzymał kopię. Konsul otrzymał kopię. A oficer z Singapuru zabrał ze sobą oryginał. Zabić nas nie można!. Chwała Bogu!
Ale kapitan – służbista już wysłał raport. Wysłał telegram do Czarnomorskiego Zarządu Transportu Morskiego, że kapitan Białous z żoną, po naczytaniu się jakiejś literatury, rzucili się za burtę, przynosząc siebie w ofierze swemu Bogu. Wysłał raport. Nasze dzieci poinformowano, że ich zwariowani rodzice bezpiecznie utonęli. Pośpieszył się wróg. Wyraźnie pośpieszył się. Życzenie swoje przedstawił jako rzeczywistość. Niechaj zabroni mu Pan Bóg.
Prawie miesiąc płynęliśmy przez Ocean Indyjski. W tym czasie nas nie karmiono. Ale ponieważ to było ambulatorium, a nad nim kabina kapitana, to zakręcić wody nam nie mogli. Picia mieliśmy dosyć. Członkowie załogi dawali nam przez iluminator kawałeczki chleba, plasterki sera, co było możliwe. Z Bożą pomocą nasze rany się zagoiły. Leki, dzięki Bogu, były – to ambulatorium. To, że pozbyliśmy się nadwagi, wyszło nam nawet na korzyść, a i nogom lżej. Alleluja! I czasu wolnego, aby zgłębiać Słowo Boże i chwalić Boga – mieliśmy prawie miesiąc. Klękaliśmy z mężem na kolana i chwaliliśmy Boga. Alleluja !
Wygnanie ze statku. Turcja
Gdy statek przybył do Turcji i na pokład wspiął się starszy pomocnik kapitana, on był strasznie zaskoczony - powiedziano mu, że jedzie na wolne miejsce – ponieważ starszy pomocnik kapitana wraz z żoną utonął. A tu żywy st. pomocnik ma mu przekazać swoje sprawy. Mówił on: „Jak to możliwe? Jak to możliwe? Dlaczego?” - „Ponieważ Bóg jest mocny,- odpowiedział mąż, - Bóg jest w stanie i z dna morskiego wydostać. Uwierz w to, a będziesz zbawiony." Tamten z niedowierzaniem zareagował na skompromitowanego pierwszego oficera ...
Wypędzono nas ze statku i podniesiono trap. Pobiegliśmy do ambasady, wydziału konsularnego. Na początku zostaliśmy przyjęci przez ambasadora, był on wściekły, krzyczał: "Do czego to podobne, to bezprawie, jak on śmiał, ten kapitan? Proszę, idźcie teraz, ja skończę sprawy i pojadę za wami, jeszcze was wyprzedzę. Będziecie na statku." Udaliśmy się do portu. Przychodzimy - brama zamknięta. Przepustki anulowane, ponieważ kapitan zrobił nową listę załogi i nas już na niej nie było. Nie wpuszczają nas na teren portu. Nasze rzeczy ze statku są wyrzucone na cumowisko - widzimy je. Mówię: "Och, jaka szkoda, tam są prezenty dla dzieci" - dwa lata pływaliśmy. A mąż mówi: "Gdzie jest skarb twój, tam będzie i serce twoje” (Mt. 6, 21 – od A.L.). Pomyślałam: „Rzeczywiście, a więc strata niewielka”. I zaczęliśmy śpiewać psalm: "Tak, strata jest niewielka ." Pomyśleć, jakieś prezenty. Czekamy
- godzinę, dwie, trzy, i pięć; już wieczór, już i ranek, już południe, a konsula ciągle nie ma.
Idziemy ponownie. Nie mamy pieniędzy na prom. Przekonaliśmy Turków, aby nas przewieźli ot tak, za mój szalik (Turkom spodobał się mój szalik), oddaliśmy go. I półnadzy zostaliśmy wyrzuceni na ulicę, ponieważ do Wydziału Konsularnego więcej nas już nie wpuścili.
Na statek nie wpuszczają. Do Wydziału Konsularnego nie wpuszczają. Aresztowała nas turecka policja. Wysłuchano nas i powiedziano: "Tak, telefonowano z Wydziału Konsularnego i powiedziano, aby was aresztować, ponieważ zanudzaliście ich. Wiecie co, tutaj nic nie załatwicie. Jedzcie do Ankary." Aha, do Ankary. A pieniądze? W kieszeniach nic nie mamy. Tylko paszporty obywateli ZSRR, a takiego kraju nie ma. Nie ma takiego kraju. On pyta: "Jakie wasze obywatelstwo?" Mówimy: „Cóż, jeśli nie ma takiego kraju, to znaczy, że obywatelstwo nasze jest w niebie. Niebieskie. Najprawdziwsze".
Rozpoczęła się nasza poniewierka. Tamta była na morzu, a teraz na ziemi. W Ankarze, również nas nie przyjmują - ani ambasada Rosji, ani ambasada Ukrainy, ani ONZ, ani ambasada USA, która zawsze mówiła, że w Związku Radzieckim uciskany jest naród. O rządzie amerykańskim mówiono, że przyjmuje dysydentów, że przyjmują chrześcijan – nikogo oni nie przyjmują bez pieniędzy. Świadczę o tym i nie boję się. Gdybyśmy my mieli po 5000 dolarów na osobę, to chętnie by nas przyjęto. Tak nam powiedziano. A ponieważ mamy tylko paszporty ZSRR, i nic więcej, to nas spokojnie przekazują znów na policję. Każdego dnia przychodziliśmy to pod jedną ambasadę, to pod drugą. Każdy dzień kończył się na posterunku policji, ponieważ przyjeżdżał samochód i nas zabierał. W końcu policja zaczęła błagać: „ Nie chodźcie więcej do ambasad. Jesteśmy już zmęczeni zabieraniem was stamtąd". Mówię: „A dlaczego?. Przynajmniej nam ciepło. Noce spędzamy u was, w cieple.” Policja przestała przyjeżdżać na wezwania.
Poszliśmy na dworzec - więcej nie ma się gdzie ogrzać. Nie wiedzieliśmy, że w Ankarze dworzec zamyka się o 23 wieczorem, wraz z ostatnim pociągiem. Dworzec jest myty, suszony specjalną maszyną do suszenia, a następnie zamykany na klucz - do pierwszego pociągu o 5:30 rano. Miesiąc styczeń, śnieg, piękno i kamienne ławki. Drzew w Turcji nie ma. A raczej są, ale są one tak rzadkie, że jeśli rośnie drzewo, a na tym miejscu buduje się dom, to dom ten buduje się bez narożnika, aby tylko nie uszkodzić drzewa. Tak, w Ankarze tak jest, wszędzie same kamienie.
A my chodzimy codziennie. A Pan, nasz miłosierny Pan, - chwalimy Go, że to my chodzimy, a nie nasze dzieci, że On chroni nasze dzieci, a my – cóż. My wiemy, że Bóg nie położy na nasze plecy więcej, niż możemy unieść. Chwała Tobie, Panie, że doświadczenia Twoje są miękkie, że doświadczenia Twoje są dla dobra naszego. Nie narzekaliśmy. Dziwne, prawda? Ale to właśnie wtedy umocniła się nasza wiara. Właśnie wtedy zrozumieliśmy, że Pan prowadzi Swoimi ścieżkami. Chwała Mu, przyjaciele! Wielka chwała! Alleluja i amen! Kiedy po raz kolejny przyszliśmy na dworzec wieczorem, a raczej trochę się podgrzaliśmy i wyszliśmy z dworca, podbiegł do nas pracownik stacji kolejowej, i mówi: "Nie odchodź, nie odchodź, - pokazuje nam gestami, ponieważ nie mówiliśmy po turecku, a on ani po angielsku, ani po rosyjsku. – Nie odchodź,- poczekaj tu, oto za tym drzewem”.
Stanęliśmy się za tym drzewem. Nie wiedzieliśmy, dlaczego mamy tan stać, ale kiedy została umyta poczekalnia i wysuszona, on zawołał nas. Zaprosił nas do tej poczekalni, i zamknął na klucz. Czy wiecie, jaka to radość - położyć się na betonowej podłodze koło kaloryfera? Położyć się, objąć ten kaloryfer i chwalić Boga - przyjaciele, to błogosławieństwo! To było błogosławieństwo! Padliśmy na kolana i wielbiliśmy Boga. Ale teraz staliśmy na kolanach nie w zimnym śniegu, nie na kamiennej ławce, a na ciepłej podłodze obok gorącego kaloryfera. Cud !
Minęło jeszcze kilka dni. Nic nie jedliśmy. W sumie dwa tygodnie nic nie jedliśmy (15 dni), prócz śniegu. I nie cierpieliśmy. Nie cierpieliśmy. Pan zabrał od nas uczucie głodu. Zdecydowaliśmy: a więc, Pan chce, abyśmy byli w poście. Alleluja! Dla Twojej chwały, Panie, przyjmujemy ten post, i Ty nam powiesz, kiedy mamy go przerwać!
Każdego dnia szliśmy rejestrować się na posterunek policji. Każdego dnia prosiliśmy, aby odesłano nas na Ukrainę. Wszyscy już mieli nas dość, ale tylko nie nasz ukraiński rząd. On był ślepy i głuchy.
Pewnego razu przychodzimy, a policjant nam mówi (on już czeka, kręci się, czeka, kiedy przyjdziemy zarejestrować się): "Znalazłem, znalazłem, znalazłem waszą cerkiew!”. – „Ale co, pan? Gdzie?”. Była to cerkiew prawosławna. Przyszliśmy do tej cerkwi. Opowiedzieliśmy kapłanowi swoją epopeję i poprosiliśmy go: „Bracie, wierzymy w tego samego Chrystusa, pomóż nam”. Wiecie, co on nam odpowiedział: „Bóg da” – i nie pozwolił nawet zostać w cerkwi i ogrzać się. Wyszliśmy. Powiedzieliśmy: "Niech Bóg ci błogosławi za twoją dobroć, przyjacielu." Dziękuję Bogu, że nie mieliśmy smutku na sercu. Wróciliśmy na komisariat policji i mówimy: "To nie był nasz kościół”. A policjant mówi: "No, jakże to? Przecież to kościół Chrystusa”. Mówimy: "Nie. Chrystusa nie ma w tym kościele." Był zaskoczony, ale powiedział: "Widocznie tak jest, skoro jesteście tutaj."
Pomoc w cerkwi ewangelickiej
Następnego dnia, widocznie Pan tak poruszył jego serce, że on nie mógł się uspokoić. Daje nam nowy adres i mówi: "Teraz wiem na pewno, ponieważ tam śpiewają i chwalą Chrystusa. To tam." - "Gdzie?" - "W hotelu „Best”. – „Aha, to może być prawda" - zdecydowaliśmy. Pędzimy, jak na skrzydłach, do tego hotelu. I dowiadujemy się, tak, kościół ewangelicki wynajmuje salę, ale tylko w niedzielę, a dzisiaj wtorek. Dzisiaj dopiero wtorek.
Szliśmy z powrotem i krzepiliśmy siebie nawzajem: "Coś ty. Pokrzep się. Przecież znaleźliśmy. Pan już otworzył. A więc, Pan nie daje połowy, On daje pełną czaszą." Przyjaciele, jak często mówimy te słowa, absolutnie nie wpuszczając je do umysłu i serca. To mówię na wstyd mój i wasz wstyd. A Pan mówi: "Wierzcie, nawet wtedy, kiedy inni nie wierzą." Wierzcie, ponieważ kiedy On daje, to daje pełną czaszą. A jeżeli nie daje, to On nie daje w ogóle nic, nawet nadziei. Panie, chwała Tobie!
Doczekaliśmy się niedzieli. Przyszliśmy do cerkwi. Tak, to był nasza cerkiew - ewangelicka, w której gromadzili się Zielonoświątkowcy i Baptyści. Chwalili Boga. Wszyscy, odbywała się służba, uduchowiona przez Boga. Prowadzona była w języku angielskim, ale nawet z moim biednym angielskim rozumiałam wszystko, ponieważ tam Pan wszystko mówił do mnie. Umocnieni, modliliśmy się. Byliśmy szczęśliwi. Bóg nas nie zostawił. Pod koniec służby pastor zobaczył nowe twarze, ponieważ ten kościół był dla pracowników ambasad. Dla pracowników z różnych ambasad. I on mówi do nas: "Proszę się przedstawić. Jesteście naszymi gośćmi - przedstawcie się, kim jesteście." Mąż wstał i powiedział: "Jesteśmy chrześcijanami - Zielonoświątkowcami z Ukrainy, zostaliśmy wypędzeni za głoszenie Słowa Bożego, za świadczenie o Bożym Cudzie." - " Gdzie mieszkacie?" – zapytał. Ponieważ zapas słownictwa angielskiego mego męża również nie był wielki, to powiedział tylko: „Na dworcu.” Bogatemu amerykańskiemu milionerowi nigdy by do głowy nie przyszło, że „na dworcu” – to znaczy dosłownie na dworcu, na podłodze, pod kaloryferem. Zrozumiał, że mieszkamy na dworcu, w hotelu. I powiedział: "No, to niech wam Bóg błogosławi."
Ponad 2 tygodnie nic nie jedli
Służba się skończyła i zaproponowano nam przejście do innej sali. Na spotkanie braterskie, przygotowano poczęstunek - á la fourchette – kanapki, herbatniki, ciasta, kawa, herbata i soki. Przeszliśmy. Ale my już trzeci tydzień nic nie jedliśmy, poza kilkoma kawałeczkami śniegu, aby ugasić pragnienie. Mówię mężowi: „Nie waż się zjeść więcej niż jednego herbatnika, ponieważ nie mam nawet noża stołowego, aby cię operować. I zostanie wdową w moich planach jakoś się nie układa, kochanie." Mąż mówi: "To, jak? Może ja wtedy lepiej chociaż jedną kanapeczkę zjem.” Mówię: ”Coś ty, - przecież tam kiełbasa”. I nagle za plecami słyszę głośny głos chłopca: "Dlaczego pani zabrania mężowi jeść?” To było tak niespodziewane - w języku rosyjskim, w Turcji, wśród Amerykanów i Brytyjczyków - że odwróciliśmy się. To był bardzo młody brat. Mówimy: "Mówisz po rosyjsku? Rozumiesz po rosyjsku?”. On mówi: "Jestem z Mołdawii. Jestem tu w ramach wymiany – uczę się na uniwersytecie. A ponieważ moi rodzice – chrześcijanie, Zielonoświątkowcy, to również i ja chodzę do cerkwi. Przygotowuję się do chrztu wodnego”. On był taki szczęśliwy, że przygotowuje się do chrztu wodnego. Pogratulowaliśmy mu: "Braciszku, to wspaniale! Jesteś na dobrej drodze." A on mówi: "Ale nie odpowiedzieliście na moje pytanie: Dlaczego nie wolno wam jeść?". Powiedzieliśmy mu: "Ponieważ ponad dwa tygodnie myśmy nic nie jedli. Może być skręt jelit i jest mało prawdopodobne, aby plan Boży zakładał w strasznych mękach naszą śmierć na placu przy dworcu." - " Jak to, - on mówi - nie jedliście?”. Cóż, opowiedzieliśmy mu, co się z nami wydarzyło. Biedny chłopczyk. On nawet nie podejrzewał, że takie coś bywa. Płakał jak dziecko. Z jego oczu toczyły się łzy, i on błagał: "Nie odchodźcie, nie odchodźcie. Posiedźcie, ja powiem pastorowi, on na pewno nie zrozumiał. Powiedzieliście to tak na swoim łamanym języku angielskim, że sam ledwo was zrozumiałem."
Pobiegł do pastora. Widzieliśmy, jak gestykuluje, opowiada mu. Przyjaciele, widzieliście kiedy bladego murzyna? - To był on. On po prostu stał się biały. Popłynęły z niego łzy. Był jakby posypany mąką. Szedł do nas. Ręce mu się trzęsły. Upadł na pierś mego męża.
Bracie Elde Moser! Jeśli kiedykolwiek zobaczysz tę taśmę, i usłyszysz mój głos, niski pokłon dla Ciebie, Bracie! Niski pokłon dla Ciebie za to, co zrobiłeś. To była Wola Boża. Ty byłeś jego narzędziem!. Chwała Panu! Z mężem Wiaczesławem dziękujmy Ci, Bracie.
Pomoc braci - chrześcijan
Więcej na dworzec nie wróciliśmy, przyjaciele. Więcej nie wróciliśmy. Umieszczono nas w najlepszym hotelu, pięć gwiazdek, pokój …