majs majs

Maria Valtorta 15.

15. JEZUS UKAZUJE SIĘ APOSTOŁOM I TOMASZOWI
Napisane 9 sierpnia 1944 r. A, 3256-3272
Jezus mówi:
«Pójdź, mały Janie. Jak mały Beniamin – którego ukazanie się w widzeniu tak
bardzo ci się podobało – włóż swą rękę do mojej, a poprowadzę cię przez Moje
pola łask.
To łaski dla ciebie i dla innych. Bezmiar darów. Wszystko bowiem, co ci
objawiam i o czym ci mówię, jest wielkim darem. Ty nawet nie znasz jego
wartości. Nie [znasz] wartości duchowej. Ta jest dla ciebie nieskończona. [Nie
znasz też] wartości kulturowej czy historycznej. To drogocenne klejnoty. Ty, jak

59
dziecko, znajdujesz je włożone do twoich rąk i kochasz je, gdyż mają rozmaite
kolory. Nie potrafisz jednak nadać im innej wartości, jak wartość daru i piękna
oraz dowodu Mojej miłości. Inni, bardziej od ciebie wykształceni, lecz mniej
umiłowani niż ty, obserwują je z niepokojem. Proszą trwożliwie o te duchowe
skarby, które twój Jezus ci daje, oglądają je i studiują, i oceniają z większą
wiedzą od twojej, czyniąc swą wolą to, czego ty dokonujesz miłością. Ale dla
nich, nie mających prostoty, jest to trudniejsze. Tylko dzieci potrafią kochać
prosto, szczerze, czysto.
Ty umiesz tylko kochać. Pozostań taką dla Mnie na zawsze. Ciesz się klejnotami
o wszystkich barwach, które ci daję, a potem rozdaj je, hojna i szczęśliwa,
czekającym na nie. Ja będę zawsze napełniał twoją małą rączkę nowymi
skarbami. Nie bój się. Rozdawaj, rozdawaj. Twój Król ma niewyczerpany
skarbiec, aby sprawiać radość Swoim dzieciom.»
Oto co teraz widzę.
[por. J 20,26-29] Apostołowie zgromadzili się w Wieczerniku. Znajdują się
wokół stołu, przy którym spożywali Paschę. Z powodu czci dla Jezusa Jego
centralne miejsce zostawili puste. Teraz, kiedy nie ma Tego, który im wyznaczał
miejsca z własnej woli, dokonując wyboru natchnionego miłością, rozłożyli się
rozmaicie. Piotr znajduje się na swoim miejscu, ale na miejscu Jana jest teraz
Juda Tadeusz. Potem – ten, którego nie znam, najstarszy z apostołów, dalej
Jakub, brat Jana, prawie na rogu stołu, po prawej stronie w stosunku do mnie,
patrzącej. Obok Jakuba, lecz przy krótszej stronie stołu, usiadł Jan. Za Piotrem z
drugiej strony jest Mateusz, a za nim Tomasz, potem ktoś, czyjego imienia nie
znam, dalej – Andrzej, a następnie Jakub, brat Judy Tadeusza, i jeszcze jeden,
którego nie znam. Dłuższy bok stołu, naprzeciw Piotra, jest pusty, bo
apostołowie zajmują miejsca bliżej siebie niż podczas Paschy.
Okna są zaryglowane, drzwi – również. Lampka oliwna, w której palą się dwa
płomyki, rzuca słabe światło tylko na stół. Reszta dużej sali tonie w półmroku.
Zadanie Jana, który ma za sobą kredens, polega na podawaniu towarzyszom ze
skromnego pożywienia tego, czego pragną. Składa się ono z ryby, która jest na
stole, chleba, miodu i małych świeżych serków. I właśnie Jan – odwracając się
w stronę stołu, by podać bratu ser, o który ten prosi – zauważa Pana.
Jezus ukazuje się w zdumiewający sposób. Ściana za plecami biesiadników –
jednolita, z wyjątkiem kąta z niewielkimi drzwiami – rozświetla się pośrodku na
wysokości około jednego metra od podłogi. Jest to światło delikatne i
fosforyzujące, podobne do tego, jakie wydzielają niektóre obrazki, świecące
tylko w ciemnościach nocy. Wysokie na około dwa metry światło ma kształt
owalnej niszy. Z tego blasku, jakby zza zasłony ze świetlistej mgły, z coraz
większą wyrazistością wyłania się Jezus.
Nie wiem, czy potrafię to dobrze opisać. Wydaje się, że Jego Ciało przenika
przez gruby mur, który nie otwiera się i pozostaje taki, jaki był. Jest zwarty, a
mimo to Ciało przechodzi. Światło wydaje się być pierwszym promieniowaniem
Jego Ciała, zapowiadającym Jego zbliżanie się. Ciało początkowo zarysowuje się
lekkimi liniami światła. Podobnie widzę w Niebie Ojca i świętych aniołów: istoty
niematerialne. Potem coraz bardziej materializuje się, nabierając we wszystkim
wyglądu prawdziwego ciała: Jego Boskiego uwielbionego Ciała. Tyle czasu
zabrało mi opisanie tego, co dokonało się w ciągu kilku sekund.
Jezus jest ubrany w białą szatę, jak wtedy gdy zmartwychwstał i ukazał się
Matce. Jest przepiękny, pełen miłości i uśmiechnięty. Ramiona ma opuszczone
wzdłuż tułowia. Ręce nieco rozchylone i skierowane ku ziemi, dłonie – zwrócone
60
ku apostołom. Dwie rany rąk wyglądają jak diamentowe gwiazdy, z których
wychodzą dwa bardzo jasne promienie. Nie widzę stóp ani boku, gdyż zakrywa
je szata. Ale w miejscach, gdzie są Boskie rany, przez nieziemski materiał Jego
szaty przenika światło. Z początku wydaje się, jakby Ciało Jezusa było z
księżycowego światła, potem – gdy staje się wyraźniejsze – jest otoczone
blaskiem światła, lecz włosy, oczy i skóra, nabierają naturalnych kolorów. Jest
to Jezus, Człowiek-Bóg, który po zmartwychwstaniu, stał się bardziej dostojny.
Jan spostrzega Go już w takiej postaci. Nikt inny nie widział Jego zjawienia się.
Jan zrywa się na równe nogi i upuszcza na stół tacę z okrągłymi serkami.
Opierając ręce o brzeg stołu, pochylając się i zginając się tak, jakby jakiś
magnes przyciągał go w Jego kierunku, wydaje cichy, ale przenikliwy okrzyk:
«Och!»
Inni apostołowie, którzy mieli głowy pochylone nad półmiskami, na dźwięk
upadającej tacy i skoku Jana podnoszą zdumione oczy. Widząc jego ekstatyczną
pozę, śledzą kierunek jego spojrzenia. Odwracają głowy lub cali się odwracają –
w zależności od miejsca, na którym siedzą w stosunku do Nauczyciela – i widzą
Jezusa. Wszyscy zrywają się na równe nogi i szczęśliwi biegną ku Temu, który z
mocniejszym uśmiechem zbliża się ku nim, idąc teraz po podłodze jak zwykli
śmiertelnicy.
Jezus, który początkowo patrzył tylko na Jana – i myślę, że ten odwrócił się
właśnie dlatego, że to spojrzenie dotknęło go swoją pieszczotą – spogląda na
innych i mówi: «Pokój wam!»
Wszyscy są teraz wokół Jezusa. Niektórzy upadli Mu do stóp, na kolana. Wśród
nich jest Piotr i Jan, który całuje połę Jego szaty i kładzie ją jakby dla doznania
pieszczoty na twarzy. Inni znajdują się bardziej z tyłu. Stoją, jednak bardzo
pochyleni w postawie wyrażającej cześć.
Z powodu pośpiechu Piotr przeskoczył zręcznie łoże biesiadne, nie czekając, aż
najpierw Mateusz opuści swe miejsce. Trzeba sobie przypomnieć, że jedno łoże
służy dwom osobom naraz.
Jedynym, który został nieco z dala, jest zakłopotany Tomasz. Klęka przy stole,
nie mając śmiałości się zbliżyć. Wydaje się, że pragnie nawet ukryć się za
stołem.
Jezus, podając apostołom dłonie do pocałunku – a oni czynią to ze świętym
miłosnym pragnieniem – zwraca spojrzenie na pochylone głowy, jak gdyby
szukał jedenastej... Widział ją oczywiście od początku, ale czyni to w tym celu,
aby dać Tomaszowi czas do nabrania odwagi i podejścia... Widząc jednak, że
niewierny – zawstydzony niedowiarstwem – nie może się na to zdobyć, woła go:
«Tomaszu, chodź tutaj.»
Tomasz podnosi głowę. Prawie płacze, zmieszany, ale nie ma odwagi podejść.
Opuszcza znowu głowę. Jezus robi parę kroków w jego kierunku i powtarza:
«Podejdź tutaj, Tomaszu.»
Głos Jezusa jest bardziej nakazujący niż za pierwszym razem. Tomasz wstaje i
milcząc, idzie zmieszany do Jezusa.
«Oto ten, który nie wierzy, jeśli nie widzi!» – woła Jezus. W Jego głosie jest
jednak uśmiech przebaczenia. Tomasz wyczuwa to i odważa się spojrzeć na
Jezusa. Widząc Go naprawdę uśmiechniętego, nabiera odwagi i nieco
przyspiesza kroku...
61
«Podejdź tu, całkiem blisko. Spójrz. Jeśli nie wystarczy ci patrzeć na rany twego
Mistrza, to włóż w nie palec.»
Jezus pokazuje dłonie i odchyla szatę na piersi, żeby odkryć ranę Boku. Teraz z
ran nie bije już blask. Światło nie wydziela się [z nich] od chwili, gdy Jezus –
wyszedłszy z aureoli księżycowego połysku – zaczął kroczyć jak śmiertelny
człowiek. Widać krwawą rzeczywistość ran: to dwa nieregularne otwory. Lewy
dochodzi aż do wielkiego palca, przechodzi przez nadgarstek i przez podstawę
dłoni. Widać też długie rozcięcie [boku], które w górnej części jest lekko
skierowane ku klatce piersiowej. Tomasz drży, patrzy, ale nie dotyka. Porusza
wargami, lecz nie potrafi nic powiedzieć.
«Podaj mi rękę, Tomaszu» – mówi Jezus bardzo łagodnie.
Prawą ręką ujmuje prawicę apostoła. Jego palec wskazujący wkłada do
rozdarcia Swej lewej ręki. Wkłada go głęboko, żeby poczuł, iż jest przebita na
wskroś, a potem prowadzi rękę Tomasza do Swego boku. Tym razem ujmuje
cztery palce ręki Tomasza u ich nasady i wprowadza te cztery duże palce do
rozdarcia na Piersi tak, żeby weszły do środka. Nie zadowala się oparciem ich o
brzeg rany. Przytrzymuje je, przypatrując się bacznie Tomaszowi. Patrzy
poważnie, a jednak łagodnie, i mówi:
«Włóż tu palec, włóż wszystkie palce, a nawet całą rękę, jeśli chcesz, do Mojej
piersi i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym.»
Wypowiada te słowa, robiąc to, o czym wcześniej mówiłam.
Zdaje się, że bliskość Serca Bożego, którego niemal dotknął, natchnęła Tomasza
odwagą. Odzyskuje ostatecznie głos. Pada na kolana i, unosząc w górę ramiona,
mówi, tonąc we łzach skruchy:
«Pan mój i Bóg mój!»
Nie umie nic więcej powiedzieć. Jezus mu wybacza. Kładzie mu na głowie prawą
rękę i odpowiada:
«Tomaszu, Tomaszu! Teraz wierzysz, bo widziałeś... Ale błogosławieni ci, którzy
będą wierzyć we Mnie, chociaż Mnie nie widzieli! Jakąż nagrodę będę musiał im
dać, skoro i was nagrodzę: tych, których wiara była wsparta mocą widzenia!»
Potem Jezus obejmuje Jana ramieniem, Piotra ujmuje za rękę i podchodzi do
stołu. Zajmuje Swoje miejsce. Siedzą teraz tak, jak w paschalny wieczór. Jezus
chce jednak, by Tomasz był za Janem.
«Jedzcie, przyjaciele» – mówi Jezus.
Nikt jednak nie czuje już głodu. Nasyciła ich radość przyglądania się Jezusowi.
Pan zbiera więc rozsypane po stole serki, układa je na talerzu, kroi i rozdziela.
Jedną porcję kładzie na kawałku chleba i, sięgając poza plecami Jana, podaje
Tomaszowi. Nalewa wina z amfory do kielicha i podaje przyjaciołom. Tym razem
Piotr jest obsłużony jako pierwszy. Potem każe sobie podać plaster miodu.
Przełamuje go i podaje najpierw Janowi, z uśmiechem słodszym niż
wypływający z plastra jasny miód. Sam spożywa trochę tego miodu, żeby ich
ośmielić. Niczego poza miodem nie kosztuje.
Jan swoim zwyczajem opiera głowę o ramię Jezusa, który przygarnia go do
serca. Trzymając go w ten sposób mówi:
62
«Kiedy się wam ukazuję, przyjaciele, nie powinniście odczuwać z tego powodu
zakłopotania. Jestem zawsze waszym Nauczycielem, który z wami dzielił
pożywienie i sen, który was wybrał, bo was umiłował. Teraz także was miłuję.»
Jezus kładzie silny nacisk na te ostatnie słowa.
«Byliście ze Mną w próbach... – ciągnie dalej – Będziecie ze Mną także w
chwale. Nie opuszczajcie głów. W niedzielny wieczór, gdy przyszedłem do was
po raz pierwszy po Moim Zmartwychwstaniu, wlałem w was Ducha Świętego...
Niech i do ciebie, który wtedy byłeś nieobecny, przyjdzie Duch... Czy nie wiecie,
że wlanie Ducha [Świętego] jest jak chrzest ognia, bo Duch jest Miłością, a
miłość unicestwia grzechy? Dlatego jest wybaczony wasz grzech ucieczki w
czasie Mojego konania.»
Mówiąc to, Jezus całuje w głowę Jana, który Go nie opuścił. Jan płacze z
radości.
«Dałem wam władzę odpuszczania grzechów. Nie można dawać tego, czego się
nie posiada. Bądźcie pewni, że Ja tę władzę posiadam w sposób doskonały i
używam jej wobec was. Powinniście być całkowicie czyści, by oczyszczać tych,
którzy przyjdą do was, skażeni grzechem. Jakże może osądzać i oczyszczać
ktoś, kto sam jest nieczysty i zasługuje na potępienie? Czy może osądzać
drugiego ktoś, kto ma belkę w swym oku i piekielne brzemię na sercu? Jakże
mógłby mówić: „Odpuszczam ci w Imię Boga”, gdyby z powodu grzechów nie
miał Boga w sobie?
Przyjaciele, zastanówcie się nad waszą kapłańską godnością. Przedtem Ja
byłem wśród ludzi, by sądzić i przebaczać. Teraz odchodzę do Ojca. Wracam do
Mego Królestwa. Władza sądzenia nie została Mi odjęta. Jest cała w Moich
rękach, bo Ojciec Mi ją przekazał. Jednak straszliwy będzie ten sąd. Dokona się
wtedy, gdy człowiek nie będzie już miał możności uzyskania przebaczenia przez
lata pokuty na ziemi.
Każda istota przyjdzie do Mnie ze swoim duchem, kiedy – przez śmierć fizyczną
– opuści ciało jako niepotrzebne zwłoki. Wtedy osądzę ją po raz pierwszy.
Potem ludzkość, na niebiański rozkaz, powróci w odzieniu ciał i zostanie
podzielona na dwie części. Owce będą z Pasterzem, a dzikie kozły – z ich
Dręczycielem. Iluż jednak ludzi byłoby ze swoim Pasterzem, gdyby po obmyciu
przez Chrzest nie mieli już nikogo, kto by im w Moim Imieniu wybaczył? Oto
dlaczego ustanawiam kapłanów: aby zbawiać odkupionych Moją Krwią. Moja
Krew zbawia. Ludzie jednak wciąż będą wpadać w śmierć. Będą ponownie
wpadać w Śmierć. Konieczne będzie, żeby ktoś, kto ma odpowiednią władzę,
nieustannie ich obmywał w Mojej Krwi i przebaczał po siedemdziesiąt i po
siedemdziesiąt siedem razy, żeby się nie stali łupem Śmierci. Będziecie to czynić
wy i wasi następcy. Dlatego rozgrzeszam was z wszystkich waszych grzechów.
Wy bowiem musicie widzieć, a grzech oślepia, odbiera duszy Światło, którym
jest Bóg. Wy musicie rozumieć, grzech zaś otępia, albowiem odbiera duszy
Inteligencję, którą jest Bóg. Waszym zadaniem jest oczyszczanie, a grzech
plami, odbierając duchowi Czystość, którą jest Bóg. Wielki jest wasz urząd
sądzenia i rozgrzeszania w Moje Imię!
Kiedy będziecie konsekrowali dla was Chleb i Wino, czyniąc z nich Moje Ciało i
Moją Krew, będziecie czynili coś wielkiego, nadprzyrodzenie wielkiego i
wzniosłego. By tego dokonywać godnie, powinniście być czyści, gdyż będziecie
dotykać Tego, który jest Czysty, i będziecie się karmić Ciałem Boga. Czyste
powinno być wasze serce, umysł i język. Sercem bowiem musicie miłować
Eucharystię. Nie można mieszać tej niebiańskiej miłości z miłościami
bezbożnymi, gdyż byłoby to świętokradztwem. Czysty powinien być wasz umysł,
63
gdyż musicie wierzyć i rozumieć to misterium miłości, nieczystość zaś myśli
zabija wiarę i rozum. Pozostaje wtedy wiedza świata, lecz umiera w was
Mądrość Boża. Musicie mieć czyste ciało, bo do waszego wnętrza zstąpi Słowo,
tak jak przez działanie Miłości zstąpiło do łona Maryi.
Macie żywy wzór tego, jakie powinno być łono przyjmujące Słowo, które staje
się Ciałem. Ideałem jest Niewiasta bez zmazy pierworodnej i bez grzechu
osobistego, która Mnie nosiła. Zauważcie, jak czysty jest szczyt Hermonu,
otulony jeszcze welonem zimowego śniegu. Widziany z Ogrodu Oliwnego
przypomina zbiorowisko bezlistnych lilii lub pianę morską, wznoszącą się jak
dar ofiarny do innej bieli: do obłoków niesionych przez kwietniowy wiatr po
lazurowych połaciach nieba. Przypatrzcie się lilii, która otwiera usta swej
korony w pachnącym uśmiechu. A jednak każda z tych dwóch czystości jest
mniej intensywna niż czystość łona Mojej Matki. Niesiony przez wiatr pył spada
bowiem na śniegi gór i na jedwab kwiatu. Nie dojrzy go ludzkie oko, tak jest
lekki, a jednak istnieje i zanieczyszcza biel.
I spójrzcie jeszcze na najczystszą perłę wydartą morzu i muszli, w której się
narodziła, żeby przyozdobić berło króla. Jest doskonała w swej mieniącej się
barwami tęczy masie. Nie zna znieważającego kontaktu z żadnym innym ciałem,
bo ukształtowała się w zagłębieniu perłowej ostrygi, w odosobnieniu
szafirowych odmętów morskiej głębiny. A jednak jest mniej czysta niż łono,
które Mnie nosiło. We wnętrzu [muszli] bowiem jest maleńkie ziarenko piasku,
ciałko drobniutkie, jednak ziemskie. W Tej zaś, która jest prawdziwą Perłą
Morza, nie istnieje najmniejsze nawet ziarenko grzechu ani zarzewie grzechu.
To Perła zrodzona w Oceanie Trójcy po to, żeby nosić na ziemi Jej Drugą Osobę.
Otacza Ona Swe Ziarenko nie pochodzące z ziemskiego poczęcia, lecz z iskry
wiecznej Miłości. Ta iskra, znalazłszy w Niej zgodę, zrodziła wiry Boskiego
Meteoru – wzywającego teraz i przyciągającego do Siebie synów Bożych – Mnie:
Chrystusa, Gwiazdę Poranną. Tę nienaruszoną Czystość stawiam wam za wzór.
Gdy jednak potem, kiedy – jak w kadzi przy winobraniu – zanurzycie ręce w
morzu Mojej Krwi, żeby jej zaczerpnąć i oczyścić Nią splamione szaty
nieszczęśników, którzy zgrzeszyli, bądźcie więcej niż doskonale czyści. Wtedy
nie splamicie się największym grzechem – a nawet wieloma grzechami –
rozdzielając Krew Boga i dotykając jej świętokradzko lub uchybiając
miłosierdziu i sprawiedliwości, odmawiając jej lub rozdzielając ją z surowością,
która nie pochodzi od Chrystusa. On bowiem był dobry dla złych, żeby ich
przyciągnąć do Swego Serca. Po trzykroć zaś dobry był dla słabych, żeby ich
zachęcić do okazania ufności. Kierowanie się surowością jest po trzykroć
niegodne. Sprzeciwia się bowiem Mojej Woli, Mojej Nauce i Sprawiedliwości. Jak
mogą być surowi dla owiec ci, którzy są pasterzami-bożkami?
O, Moi umiłowani, przyjaciele wysyłani przeze Mnie na drogi świata dla
kontynuowania dzieła, które rozpocząłem i które nie ustanie dopóty, dopóki
będzie istniał Czas, zapamiętajcie Moje słowa. Mówię je wam po to, żebyście
przekazywali je tym, których ustanowicie w posłudze, do jakiej Ja was
przeznaczyłem.
Widzę... Patrzę na stulecia... Mam przed Sobą czas i niezmierne tłumy ludzi,
którzy będą żyć [w przyszłości]. Widzę... klęski i wojny, fałszywy pokój i
straszliwe rzezie... nienawiść i grabieże, zmysłowość i pychę... Od czasu do
czasu – zielona oaza: czas powrotu do Krzyża... Kiedy trucizna zła sprawi, że
ludzie będą chorzy z wściekłości, Mój Krzyż będzie wznoszony z miłością jak
obelisk wskazujący czystą wodę wśród jałowych piasków pustyni. Wokół niego,
posadzone na brzegach zbawiennych wód, kwitnąć będą palmy okresu pokoju i
dobra w świecie. Duchy – jak jelenie i gazele, jak jaskółki i gołębie –
przylatywać będą do tego schronienia dającego wytchnienie, orzeźwienie i
64
pokarm, żeby znaleźć ulgę w boleściach i nabrać nowej nadziei. Krzyż ten
rozewrze szeroko ramiona jak kopuła, by chronić przed burzami i spiekotą.
Oddali węże i dzikie zwierzęta Znakiem, który doprowadza Zło do ucieczki.
Będzie tak, kiedy ludzie tego zechcą.
Widzę... wielu ludzi... niewiasty, starców, dzieci, żołnierzy, badaczy, uczonych,
wieśniaków... Wszyscy przychodzą i przechodzą z brzemionami nadziei i
cierpienia. I widzę wielu chwiejących się, bo cierpienie jest zbyt wielkie, a
nadzieja jako pierwsza wyśliznęła się z brzemienia – z brzemienia zbyt
ciężkiego – i rozbiła się o ziemię... Widzę też wielu padających na skraju drogi,
zepchniętych przez innych – silniejszych lub szczęśliwszych, bo niosących
mniejszy ciężar. Widzę też wielu takich, którzy czują się opuszczeni przez
przechodzących i są nawet deptani. Czując, że giną, zaczynają nienawidzić i
złorzeczyć.
Biedne dzieci! Pośród tych wszystkich, którym życie zadało cios, którzy
przechodzą lub upadają, Moja Miłość rozmyślnie rozsiała litościwych Samarytan,
dobrych lekarzy, światła wśród nocy, głosy w milczeniu. [Uczyniłem tak] po to,
aby słabi i upadający znaleźli pomoc, ujrzeli znów Światło, na nowo usłyszeli
Głos, który mówi: „Ufaj. Nie jesteś sam. Nad tobą jest Bóg. Z tobą jest Jezus”.
Umieściłem celowo tych działających z miłością, aby Moi biedni synowie nie
umierali dla Mnie w duchu, tracąc ojcowskie mieszkanie, i aby nadal wierzyli we
Mnie, Miłosierdzie, widząc Moje odbicie w Moich sługach.
Jednakże... O, boleści, która wywołujesz krwawienie rany serca takie, jak
wówczas, gdy została otwarta na Golgocie! Cóż widzą Moje Boskie oczy? Czyż
nie ma już kapłanów wśród przechodzących niezliczonych tłumów?... Dlaczego
serce Mi krwawi? Czy seminaria są puste? Czy nie rozbrzmiewa już w sercach
Moje Boskie wezwanie? Czy serce człowieka nie jest już zdolne go usłyszeć?
Nie. W ciągu wieków będą seminaria, a w nich – lewici. Wyjdą z nich kapłani, bo
w wieku młodzieńczym Moje wezwanie odbije się niebiańskim echem w licznych
sercach i one podążą za nim. Ale inne, inne... inne głosy przyjdą wraz z
młodością i dojrzałością i Mój Głos zostanie zagłuszony w tych sercach: Mój
Głos, który przez wieki mówi do Swoich sług, aby byli zawsze tym, czym wy
teraz jesteście: apostołami w szkole Chrystusa. Szata została. Kapłan umarł. U
wielu, w ciągu wieków, to się dokona. Jako cienie zbyteczne i mroczne nie będą
już ani podnoszącą dźwignią, ani ciągnącym sznurem, ani źródłem gaszącym
pragnienie, ani odżywczym ziarnem, ani wspierającym sercem, ani światłem w
ciemności, ani głosem, który powtarza to, co mówi do nich Nauczyciel. Dla
biednej ludzkości staną się ciężarem zgorszenia, brzemieniem śmierci,
pasożytem, zgnilizną... To straszne, ale największych przyszłych Judaszów będę
miał zawsze i wciąż wśród Moich kapłanów!
Przyjaciele, jestem już w Chwale, a jednak płaczę. Lituję się nad tymi
niezliczonymi tłumami i nad trzodami – bez pasterzy lub ze zbyt małą ich
ilością. To bezgraniczna litość! Przysięgam, więc na Moją Boskość: Ja dam im
chleb, wodę, światło, głos – to, czego nie chcą już dawać wybrani do tego
dzieła. W ciągu wieków będę powtarzać cud [rozmnożenia] chlebów i ryb.
Kilkoma wzgardzonymi rybkami i znikomymi kawałkami chleba: przy pomocy
dusz pokornych, [dusz osób] świeckich, nakarmię bardzo wielu i zostaną
nasyceni. Tak będzie w przyszłości, albowiem „żal Mi tego ludu” i nie chcę, żeby
zginął. Błogosławieni, którzy zasłużą na to, by być takimi. Nie dlatego
błogosławieni, że będą tacy, lecz dlatego że zasłużą na to przez miłość i ofiarę.
A najbardziej błogosławieni będą ci kapłani, którzy pozostaną apostołami:
[będą] chlebem, wodą, światłem, głosem, odpoczynkiem i lekiem dla Moich
biednych dzieci. Będą jaśnieć w Niebie szczególnym światłem. Ja wam to
przysięgam: Ja, który jestem Prawdą.
65
Wstańcie, przyjaciele, i podejdźcie do Mnie, żebym was nauczył jeszcze
modlitwy. Ona odżywia siły apostoła, bo jednoczy go z Bogiem.»
Potem Jezus wstaje i idzie ku schodom.
Kiedy jest już przy nich, odwraca się i patrzy na mnie. O! Ojcze! Patrzy na mnie!
Myśli o mnie! Szuka Swego małego „głosu”. Radość płynąca z obcowania z
przyjaciółmi nie powoduje, że o mnie zapomina! Patrzy na mnie ponad głowami
uczniów i uśmiecha się. Podnosi rękę, żeby mnie pobłogosławić, i mówi: «Pokój
niech będzie z tobą!»
216