Biskup Strickland: Kościół stoi w obliczu „prawdziwego kryzysu”
Kryzys mierzony ciszą, gdzie muszą być odpowiedzi. Tolerancją, gdzie musi być korekta. W pasterzach, którzy odmawiają nadawania imion wilkom, podczas gdy ci, którzy chcą po prostu strzec stada, są traktowani jako problem.— Każdy Teksańczyk zna tę historię:
Na długo zanim poznaliśmy politykę, zanim poznaliśmy argumenty, zanim nauczyliśmy się spierać o szczegóły, w szkole uczono nas czegoś, co kształtowało nasze kości. Pod Alamo nadszedł moment, gdy nie było już listów do wysłania, posiłków, negocjacji do podjęcia. Wróg był u bram. Zażądano kapitulacji. I wszyscy wiedzieli, co oznacza kapitulacja.
Dowódca – William Barrett Travis – zebrał więc swoich ludzi – nie po to, by ich inspirować, nie po to, by ich motywować, ale by powiedzieć im prawdę. Nakreślił linię na ziemi. Po jednej stronie tej linii było bezpieczeństwo – przynajmniej na razie. Po drugiej stronie niemal pewna śmierć. I powiedział w zasadzie: „Wybierz”. Tylko jeden człowiek się cofnął. Reszta zrobiła krok naprzód.
Ta granica nie została wytyczona po to, by wywołać bunt. Została wytyczona, by położyć kres złudzeniom. Przekroczenie jej nie gwarantowało zwycięstwa – gwarantowało wierność. I czy nam się to podoba, czy nie, właśnie w tym miejscu Kościół obecnie stoi.
Kościół znajduje się w sytuacji kryzysowej. Nie jest to sytuacja kryzysowa wymyślona przez komentatorów, nie nastrój kreowany przez media społecznościowe, nie histeria.
Prawdziwy kryzys – mierzony nie uczuciami, lecz faktami. Kryzys mierzony milczeniem, gdzie muszą być odpowiedzi. Tolerancją, gdzie musi być korekta. W pasterzach, którzy odmawiają nadawania imion wilkom, podczas gdy ci, którzy chcą po prostu strzec stada, są traktowani jako problem.
Powiedzmy sobie jasno: nie chodzi o osobowości. Nie chodzi o preferencje. Nie chodzi o kurczowe trzymanie się przeszłości. Chodzi o przetrwanie – nie instytucji, ale kapłaństwa, sakramentów i wiary katolickiej, takiej, jaką była przyjmowana, przekazywana i strzeżona przez wieki. Kiedy mężczyźni, którzy otwarcie sprzeciwiają się nauce Kościoła katolickiego, są tolerowani, promowani, a nawet czczeni – podczas gdy ci, którzy trzymają się tradycji, są ograniczani, marginalizowani lub ignorowani – coś staje na głowie. Kiedy dopuszcza się zamieszania i trzeba prosić o przetrwanie, władza przestaje pełnić funkcję, od której została powołana.
I nadchodzi moment, gdy cisza sama w sobie staje się odpowiedzią.
Kiedy kryzys zostaje uznany, kiedy prośba jest formułowana trzeźwo i z szacunkiem, a prośba ta spotyka się z milczeniem, zwłoka staje się decyzją. Bezczynność staje się osądem. Odmowa działania staje się abdykacją. To nie jest teoria. To historia. Kościół już wcześniej stawiał czoła podobnym momentom – momentom, w których ludzie byli zmuszani do działania nie dlatego, że chcieli konfrontacji, ale dlatego, że alternatywą było oddanie tego, co im powierzono. Dlatego imię arcybiskupa Marcela Lefebvre'a wciąż wywołuje tak silne reakcje. Nie dlatego, że moment był komfortowy, ale dlatego, że dawał poczucie jasności.
Nikt nie twierdzi, że te decyzje były łatwe. Nikt nie twierdzi, że były bezbolesne. Ale podjęto je w przekonaniu, że nadeszła konieczność, że dłuższe czekanie oznaczałoby śmierć czegoś istotnego. A dziś stoimy w obliczu kolejnej konieczności. Nie chodzi o jedną grupę. Nie chodzi o jedno społeczeństwo. Nie chodzi o jednego biskupa, jeden list czy jedną prośbę bez odpowiedzi. Chodzi o pewien schemat – schemat, w którym ortodoksja jest traktowana jako niebezpieczna, tradycja jako podejrzana, a wierność jako sztywność, a błąd jako duszpasterska wrażliwość.
Chodzi o moment, w którym to, czego Kościół niegdyś bronił bez apologii, musi teraz uzasadnić swoje istnienie. Kiedy zachowanie kapłaństwa jest traktowane jako opcjonalne. Kiedy formacja kapłanów jest blokowana. Kiedy zwyczajne środki ciągłości apostolskiej są po cichu negowane. I w tym momencie granica już została wytyczona. Nie przez agitatorów. Nie przez rebeliantów. Ale przez samą rzeczywistość. Pod Alamo jeden mężczyzna cofnął się. Nazywał się Moses Rose. Historia z niego nie kpi. Po prostu odnotowuje wybór. To właśnie robią linie. Nie potępiają. Ujawniają. Linia nie rodzi odwagi ani tchórzostwa. Ona je obnaża. A pytanie, przed którym stoi dziś Kościół, nie brzmi: kto jest zły, kto głośny, a kto popularny. Chodzi o pytanie: kto jest gotów pozostać wierny, gdy wierność coś kosztuje. Bo są rzeczy gorsze niż porażka. Są rzeczy gorsze niż zmiażdżenie. Są rzeczy gorsze niż śmierć.
Nastąpiło poddanie się.
Nasz Pan nie nakreślił swojej linii na piasku. Nakreślił ją krwią. Stał w milczeniu przed Piłatem nie dlatego, że prawda była niejasna, ale dlatego, że prawda nie negocjuje z kłamstwem. Nie obiecywał bezpieczeństwa. Nie obiecywał pocieszenia. Nie obiecywał sukcesu.
Obiecał Krzyż.
I wyraźnie ostrzegł swoich uczniów, ile będzie ich kosztowała wierność.
Kiedy więc dziś mówimy o wytyczaniu granic, nie wymyślamy czegoś nowego. Stoimy tam, gdzie chrześcijanie zawsze stali, kiedy posłuszeństwo Bogu i poddanie się zamętowi w końcu się rozchodzą.
Dzisiaj pytam, kto jest uczciwy. Nie pytam, kto czuje się bezpiecznie. Pytam, kto jest wierny.
Ponieważ linia już tam jest.
Zostało ono przyciągnięte przez ciszę. Zostało przyciągnięte przez inwersję. Zostało przyciągnięte przez odmowę działania, gdy działanie jest wymagane. A jedyne pytanie, które pozostało – jedyne szczere pytanie – brzmi, czy jesteśmy gotowi je przekroczyć. Nie z triumfalizmem. Nie z buntem. Ale z wiernością.
Kościół przetrwał dzięki świętym.
A święci zawsze wiedzieli, co robić, gdy pojawia się taka linia.
A teraz powiem kilka rzeczy wprost, bo czas ostrożnego formułowania zdań minął.
Są ludzie, którzy powiedzą, że nazywanie takich rzeczywistości jest podziałem. Mylą się. Podziałem jest tolerowanie błędu przy jednoczesnym karaniu za wierność. Podziałem jest żądanie milczenia od tych, którzy wierzą w to, czego Kościół zawsze nauczał, przy jednoczesnym oklaskiwaniu tych, którzy otwarcie temu przeczą. Podziałem jest nazywanie zamieszania „duszpasterskim”, a jasności „niebezpiecznym”.
I widzimy ten schemat już wystarczająco długo, że udawanie, że jest inaczej, nie jest już uczciwe.
Są księża i biskupi, którzy publicznie podważają katolicką naukę o małżeństwie, seksualności, wyjątkowości Chrystusa, konieczności pokuty – i nic się nie dzieje. Są chwaleni za swoje „towarzyszenie”. A nam wmawia się, że to miłosierdzie.
Ale gdy księża chcą odprawiać Mszę Świętą tak, jak była odprawiana przez wieki, gdy chcą być formowani zgodnie z zamysłem Kościoła, który wydał świętych, gdy chcą biskupów, aby kapłaństwo samo w sobie nie wymarło – są traktowani jako problem, który trzeba rozwiązać.
To nie jest miłosierdzie. To jest odwrócenie.
A kiedy ta inwersja zostanie przeniesiona bezpośrednio do Rzymu – spokojnie, z szacunkiem, bez gróźb – a odpowiedzią będzie milczenie, nie mamy już do czynienia z nieporozumieniem. Mamy do czynienia z odmową.
Mówię tu o Bractwie Świętego Piusa X.
Nie proszą o nowość. Nie proszą o władzę. Proszą o biskupów – bo bez biskupów nie ma księży, a bez księży nie ma sakramentów, a bez sakramentów Kościół nie przetrwa w żaden znaczący sposób.
Pytali. Czekali. Nie otrzymali odpowiedzi, która odzwierciedlałaby rzeczywistość.
I powiem to wprost: kiedy herezja jest tolerowana, a tradycja dławiona, coś poszło bardzo nie tak. Kiedy ci, którzy zrywają z doktryną, są mile widziani, a ci, którzy się jej trzymają, są traktowani jako podejrzani, władza zwróciła się przeciwko swojemu celowi.
To nie jest bunt. To fakt.
Niektórzy powiedzą: „Ale musisz poczekać”.
Niektórzy powiedzą: „Ale musisz zaufać”.
Niektórzy powiedzą: „Ale musisz być cierpliwy”.
Cierpliwość jest cnotą. Ale cierpliwość nie oznacza patrzenia, jak kapłaństwo umiera, podczas gdy odpowiedzialni za to odmawiają działania. Zaufanie jest konieczne. Ale zaufanie nie oznacza udawania, że milczenie jest mądre, gdy nim nie jest. Posłuszeństwo jest święte. Ale posłuszeństwo nigdy nie oznaczało współdziałania w erozji wiary.
Nadchodzi moment, w którym dalsze czekanie staje się formą poddania się.
Nadeszła ta chwila.
Wiem, że niektórzy się odrzucą, gdy to usłyszą. Powiedzą, że ten język jest zbyt dosadny. Powiedzą, że to ludzi niepokoi.
Dobry.
Ponieważ Kościół, którego prawda nigdy nie zachwieje, jest już pogrążony w śnie.
Nasz Pan nieustannie wytrącał ludzi z równowagi. Wywracał stoły. Nazywał hipokryzję. Ostrzegał pasterzy, którzy pasli siebie zamiast trzody. Nie przemawiał łagodnie do tych, którzy zniekształcali prawdę, roszcząc sobie prawo do władzy.
I nie interesuje mnie pokój, który można kupić milczeniem. Nie interesuje mnie jedność, która wymaga okłamywania samych siebie. Nie interesuje mnie stabilność, która wiąże się z poddaniem się.
Granica została postawiona.
Jest on rysowany za każdym razem, gdy wierny kapłan zostaje ukarany za czyny, których dopuścili się święci. Jest on rysowany za każdym razem, gdy błąd jest tolerowany, ponieważ jego naprawienie byłoby niewygodne. Jest on rysowany za każdym razem, gdy Rzym wybiera milczenie, gdy potrzebna jest jasność.
I oto, co trzeba powiedzieć na głos: takich granic nigdy nie wytyczają ci, którzy pragną konfliktu. Wytycza je rzeczywistość, gdy władza odmawia działania.
Pod Alamo mężczyźni, którzy przekroczyli linię, nie wierzyli w zwycięstwo. Wiedzieli, że prawdopodobnie przegrają. Przeszli, ponieważ poddanie się oznaczałoby zaprzeczenie tego, kim byli i czego bronili.
To jest wybór, przed którym stoi teraz Kościół.
Nie między zwycięstwem a porażką.
Ale pomiędzy wiernością a poddaniem się.
Między prawdą a kontrolowanym upadkiem.
Między świętymi a administratorami.
Nie wzywam do buntu. Wzywam do uczciwości. Nie wzywam do chaosu. Wzywam do odwagi. Nie wzywam nikogo do porzucenia Kościoła. Wzywam Kościół, aby przypomniał sobie o sobie.
Bo jeśli nie będziemy bronić kapłaństwa, jeśli nie będziemy bronić sakramentów, jeśli nie będziemy bronić wiary, kiedy to coś kosztuje – to już cofamy się z szeregu.
I historia zapisze również ten wybór.
Kościół nie potrzebuje więcej ciszy. Nie potrzebuje więcej zwłoki. Nie potrzebuje więcej ostrożnych oświadczeń, które nic nie mówią. Potrzebuje mężczyzn, którzy będą stać, mówić, a jeśli trzeba, cierpieć – bez złudzeń.
Ponieważ linia ta nie jest już teoretyczna.
Jest tutaj.
I każdy z nas – biskup, ksiądz, świecki – już decyduje, gdzie stoi.
A teraz przestanę tłumaczyć.
Ponieważ nadchodzi taki moment, gdy wyjaśnienia stają się unikaniem, a słowa stają się sposobem na opóźnienie posłuszeństwa.
Ta granica nie istnieje już w podręcznikach historii. Nie jest już kwestią teorii. Nie jest już tematem debat na konferencjach ani za zamkniętymi drzwiami.
Jest tutaj.
I nie pyta, jakie stanowisko zajmujesz, ilu masz zwolenników ani jak ostrożnie formułujesz swoje wypowiedzi. Pyta tylko o jedno: czy będziesz stał po stronie prawdy, gdy stanie po stronie prawdy będzie cię to kosztować.
Bo to właśnie należy ostatecznie powiedzieć bez ozdobników i przeprosin: Kościół, który nie obroni swojego kapłaństwa, nie przetrwa. Kościół, który traktuje wierność jako coś niebezpiecznego, a błąd jako coś duszpasterskiego, już zaczął się poddawać. Kościół, który na sytuacje kryzysowe odpowiada milczeniem, wybiera rozkład zamiast odwagi.
To nie jest obelga. To nie jest groźba. To diagnoza. A diagnozy mają na celu obudzenie ludzi i wezwanie do działania.
Nie ma tu neutralnego gruntu. Nie ma bezpiecznej przestrzeni pośredniej, gdzie można spokojnie czekać i liczyć na czyjąś reakcję. Samo milczenie stało się pozycją. Samo opóźnienie stało się decyzją.
Granica jest wyznaczana za każdym razem, gdy prawda zostaje poproszona o poczekanie. Za każdym razem, gdy błąd jest usprawiedliwiony. Za każdym razem, gdy odwaga jest karana. Za każdym razem, gdy pasterz odwraca wzrok.
A najbardziej przerażające w takich chwilach nie jest to, że ktoś dokona złego wyboru. To, że wielu wybierze po cichu – i powie sobie, że niczego nie wybrali.
Historia im nie przyzna racji.
Chrystus też nie.
Bo nasz Pan nie pyta, czy czuliśmy się komfortowo. Pyta, czy byliśmy wierni. Nie pyta, czy zachowaliśmy swoją pozycję. Pyta, czy nieśliśmy swój krzyż. Nie pyta, czy przeżyliśmy. Pyta, czy umiłowaliśmy prawdę bardziej niż własne bezpieczeństwo.
Zakończę więc tam, gdzie muszę.
Nie ze strategią. Nie z programem. Nie z kolejną rozmową.
Ale z wezwaniem do klęczenia.
Jeśli słuchasz tego i twoje serce jest niespokojne, nie znieczulaj go. Jeśli jesteś zły, zastanów się, dlaczego. Jeśli się boisz, przyznaj się do tego. A potem módl się – nie o to, by Kościół stał się lżejszy, ale o to, by odzyskał świętość.
Módlcie się za biskupów, którzy będą mówić, nawet jeśli będzie ich to kosztować wszystko. Módlcie się za księży, którzy pozostaną wierni, nawet gdy zostaną opuszczeni. Módlcie się za Rzym – nie po to, by poradził sobie z tym kryzysem, ale by na niego odpowiedział.
I módl się za siebie.
Ponieważ linia już tam jest.
A gdy hałas ucichnie, krzesła uderzą w podłogę i nie będzie już niczego, za czym można by się schować, każdy z nas będzie musiał odpowiedzieć na jedyne pytanie, które ma znaczenie:
Gdzie stałeś?
Niech Bóg Wszechmogący błogosławi Cię i strzeże, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
Biskup Joseph E. Strickland
Obispo Strickland: La Iglesia se enfrenta a una …